GOSPODA POD ZMURSZAYM PODGRZYBKIEM 2 I TRZY CZWARTE

Dzs w nocy skurwysyn z Matriksa zapierdolil mi laptop, wiec pisze z biblioteki troche tylko wkurwiony, bo dzieki zlodziejowi wlasnie zmuszony jestem wkleic opowiadanie „G. P. Z P. 3″ Zrobie to jednak dopiero wtedy jak uda mi sie podlaczyc internet do laptopa Tonego. Poniewaz w skradzionym laptopie miale,m wszystkie hasla – musze teraz wszystko pozmieniac, dlatego xzatrudnilem chorego Piotra.

NOC I PORANEK TRZECH KRÓLI

 

 

 

 

Dzisiaj obudziłem się krótko po północy i postanowiłem odpowiedzieć Ani nie na maila, ale na forum, czyli na wyspie. Anna chciała bardzo dowiedzieć się czegoś więcej o Oli. Gdy to zrobiłem krótko po trzeciej, poszedłem dalej spać przy akompaniamencie nabożeństwa Sylwestrowego z Pustelni (1h 20 min) z odpustem zupełnym na koniec. Nie przestając uczestniczyć w nabożeństwie i mając świadomość, że na ten odpust ktoś z upragnieniem czeka – postanowiłem za wszelką cenę nie usnąć. I wtedy właśnie zapadłem w upiorny sen. Sen przerywany spazmatycznymi przebudzeniami, podczas gdy moje ciało zlane było potem. Nie miejsce to i czas opisywać te migawki, albowiem najważniejsza rzecz to ta, że na koniec już nie jakaś mara senna ale osobiście mój Anioł Stróż walnął mnie w bok bez pardonu, aż mam zdartą skórę. A zrobił to dokładnie w momencie, kiedy ksiądz wypowiadał formułę błogosławieństwa odpustowego.

Usiadłem i całkiem wytrącony ze snu pomyślałem że właśnie teraz wyłazi z Czyśćca ktoś o randze równej przynajmniej Marszałkowi Józefowi Piłsudzkiemu…

Kiedy wróciłem do spania usnąłem mięciutko, jak ktoś kto po bardzo pracowitym dniu zapada w sen… (sny bowiem, którym towarzyszą piekielne wyziewy tyle zabierają człowiekowi energii ile dniówka na kopalni. Często bowiem słyszałem pod swoim adresem: „Coś ty taki wypluty”? „A całą noc śniły mi się koszmary” W kolejnym nawiasie, mówiąc nawiasem, tajemnicze i niczym nie uzasadnione potrójne zapadanie w sen trzech apostołów w Ogrójcu, nie było konsekwencją późnej pory, ani żadną przypadłością cielesną spowodowaną obżarstwem a zwykłym, najnormalniejszym DOPUSTEM BOŻYM. Gdyby bowiem apostołowie czuwali, faryzeusze byliby zmuszeni posyłać kolejny oddział sług a Judasz nie wisiałby na drzewie ale w drzewie.

To była jednak zapowiadana przez Boga godzina ciemności, która dla apostołów trwała trzy dni z wąskim haczykiem, a dla mnie, wyłączając kilkakrotne okresy przebudzenia – dokładnie jedną godzinę zegarową. Kiedy wreszcie usnąłem lekko zaciekawiony kogóż to Bóg z taką gwałtownością oporu piekielnych mocy wyciągnął za uszy z Czyśćca, przyśnił mi się sen następujący:

Siedzę sobie w parku na ławeczce, jest wiosna, ptaszki śpiewają, nieopodal plac zabaw dla dzieci, kilka mam z wózkami i parę osowiałych wiosennym klimatem osłów – czyli autorów i bezpośrednich sprawców tego co w tych wózkach się znajduje. Rozkładając sobie w głowie akcenty kolejnego rozdziału „Nokautu” i sącząc z butelki zimną„Warkę”, kątem oka spostrzegłem, że oto zza drzew wyłania się moja żona Ida pchając przed sobą niebieski wózek szerszy niż normalnie i że jest sama. Natychmiast poczułem się jak osioł i zasłoniłbym się gazetą, gdybym tylko ją miał, ale ponieważ gazety nie miałem zamknąłem oczy w nadziei, że jak ja nie widzę to i mnie nie widzą. Daremnie… Ida przeszła do huśtawek i wtedy otworzywszy oczy natychmiast je zacisnąłem, bo ta, już bez wózka idzie w moja stronę. Nie zdążyłem odmówić do końca egzorcyzmu do świętego Michała Archanioła, kiedy poczułem przed sobą koszmarną, stojącą nieruchomo jak drzewo rzeczywistość. Ida stała naprzeciw mnie i w końcu powiedziała:

- Myślałam, że podobno jesteś w Anglii?

 - No bo jestem… – i chowając butelkę za plecy wstałem grzecznie, aby podać jej rękę..

Potem powiedziałem następującą rzecz: „Miło jest cię widzieć” i obserwując jej reakcję pomyślałem tylko „O, kurwa, Matrix wraca!”

  • Co tam masz w tym wózku? – zapytałem nieśmiało, bo Bartek nie zmieściłby się nawet do karety.
  • A zgadnij, ty jełopie.

Zajrzałem do wózka, a tam dwie buzie owinięte w mohery babcine z zamkniętymi nieruchomo oczami. Od razu wiedziałem, że to dziewczynki i od razu przypomniało mi się, że z Polski od kilku lat ścigają mnie listem gończym nie za jakieś tam długi, ale za alimenty.

  • Która z nich jest moja? – zapytałem przełykając ślinę.
  • Obie!!!, czyżbyś nie odbierał moich listów?!

O, kurwa, no to wpadłem….

  • Słuchaj, jak obie, to świetnie, zawsze chciałem mieć dużo dzieci… macie gdzie mieszkać?
  • Mieszkamy w tej zapyziałej klitce w Rokitnicy…
  • Nie!… to trzeba zbudować dla nich jakiś dom, albo nawet pałac…
  • Pałac?!!

Patrząc na zdziwienie mojej żony i dziwne, nieruchome twarze moich nowych dzieci, przypomniało mi się, że pałace buduje się wyłącznie dla Księżniczek a więc jest szansa ograć Matriks nawet w obliczu takiego zagrożenia jakim jest Ida.

  • Ty baranie, popatrz tylko na siebie i przemyśl to co wyprawiasz na swoim blogu…

Niechętnie stosując się do tej sugestii, która w gruncie rzeczy była rozkazem – obudziłem się.

 

 

Nie byłem wcale a wcale zlany potem, a nawet będąc lekko rozbawiony, czułem ulgę, że to był tylko sen i jednocześnie żal, bo prawdziwie pokochałem te dziewczynki od pierwszego wejrzenia.

 

Śpię dalej…

 

Budzi mnie Adam z AWF, któremu pomagałem pakować arbuzy w Organiku.

  • Nie przejmuj się, Michel Jackson zbudował sobie pałac, a więc nie jest to całkiem nierealne…

Popatrzyłem na Adama…

  • Adam ja nie mam nawet na piwo…
  • To sprzedaj butelki albo zagraj w totolotka. Teraz CBA ściga bardzo sprawnie jedynie skurwysynów a ty przecież już nim nie jesteś.

 

Znowu się obudziłem. Ale za to z konkretnym planem: sprzedam butelki i zagram w totka. I wtedy uświadomiwszy sobie, że to był tylko sen, znowu zacząłem żałować, bo naszło mnie gwałtowne pragnienie zdobycia pieniędzy na pałac.

Ponieważ nie było jeszcze piątej jeszcze raz wracam do noworocznego nabożeństwa, żeby zamknąć sprawę z odpustem.

Po krótkiej chwili zasnąłem mówiąc Panu Bogu „Jeśli to co tej nocy wylazło z czyśćca to te dziewczynki, niech mi się przyśni dalszy ich ciąg.”

Efekt tego był taki, że kiedy się obudziłem, natychmiast zasiadłem do laptopa żeby wszystko zapisać i niczego nie uronić. Grom z jasnego nieba!

 

Jesteśmy w Rokitnicy. Teściowa patrzy się w telewizor a Ida zmywa naczynia. Ja widząc jak dziewczynki zapierdalają na nóżkach co chwila się przewracając i uparcie podnosząc, jestem rozdwojony: czy mam pomagać dzieciom w chodzeniu, czy wyręczyć Idę w zmywaniu naczyń, czy też może zgasić telewizor?

W końcu pytam

  • Ile te dzieci mają lat?
  • Lat? Mają osiem miesięcy i trzy tygodnie.

Teściowa zgasiła telewizor, Ida przestała zmywać i obie ruszają w moim kierunku.

O, kurwa, to przecież drugie piętro i chociaż okno balkonowe otwarte to jednak ślepa kuchnia!

Tymczasem zamiast rzucić się na mnie,  obie zaczęły mnie głaskać.

  • I tyś myślał, głupi ośle, że to są twoje dzieci?

 

Kiedy się obudziłem, policzyłem na palcach i niestety obie miały rację: biologicznym ojcem nie jestem. Szkoda, że nie i szkoda, że się obudziłem, bo trzeba dusić bażanta… o  którym wiecej  piszę na wyspie.

Dziewczynki mają na imię Anna i Maria, są bliźniaczkami i stałem się po Beniaminie po raz trzeci ojcem chrzestnym dzieci nienarodzonych. O Beniaminie piszę w opowiadaniu „Pomarańczowa pomarańcza.”

SREBRNY DZWON 7

 

 

Moja ponad wszystko najukochańsza siostra po bożonarodzeniowej rozmowie „opłatkowej”, po raz drugi stała się niechcący promotorem rewolucyjnie   nawarstwiających  się, gwałtownych zmian w moim życiorysie. Dwa lata temu podrzuciła mi trzy książki, które kompletnie wywróciły mi moje widzenie rzeczywistości, a trzy dni temu poleciła Witolda Gadowskiego, po tym jak zwierzyłem się jej z moich niedawnych odkryć: Grzegorza Brauna i dziennikarza śledczego, Sumlińskiego który wydaje   się  być  jedynym twórcą upadku Komorowskiego i zwycięstwa PiS. Teraz cotygodniowe felietony pana Witolda będą miały swoje niedopowiedzenia na moim blogu, a ściślej na wyspie, bo będę napierdalał za trzech (Krzysztof, Andrzej,  Piotr Rajczykowski) nawet nie oszczędzając własnego syna, bo z nowym rokiem opublikuję opowiadanie z Chorzowa o naszym burzliwym rozstaniu z Darią, o mojego syna niejasnych związkach z BartłomiejemD., vel Kłodą (chodzi o bardzo istotny dla każdego mężczyzny dziedziczony spadek impotencji i związanych z tym permanentnych frustracji, które u mojego syna manifestują się gwałtownym zrywaniem wszelkich związków z płcią przeciwną). D. niepokoi mnie z tego powodu, że potrafił sprytnie wykolegować wszystkie dotychczasowe dziewczyny mojego syna i dalej być numer jeden w serwisie usług, nazwijmy to „paraseksualnych”(zamiłowanie do ostrej jazdy samochodem lokuję w niespełnionych marzeniach o  tej  prowienencji., a to Bartek ma od przyjaciela na wyciągnięcie ręki. Brrr! Fe! (Jakby co, to to jest posag Lusi…” Czy ten człowiek może być moim synem? Na chwilę obecną jest jedynie skurwysynem (po matce, taniej kurewce z rodu R.)

Tyle osobistych wycieczek.

Ponieważ dowiedziałem się, że CAŁA moja rodzina z uwagą i lekkim zafrasowaniem przyjrzała się mojemu śpiewaniu Rydwanów Ognia, no więc zakładam, że również Bartek, mój syn, wejdzie na you-tub, żeby zobaczyć tatusia w Casablance, jak śpiewam do prawdziwie pięknej dziewczyny (a nie  jakiejś mocno  poranionej  dziewczynki) będzie miał chwil kilka na refleksje która obudzi w nim pragnienie bycia prawdziwym mężczyzną? Jeśli tak – będzie musiał zapłacić mi za to 3333 funty, albowiem moje wkurwienie na niego nie minęłoby nawet wówczas, , gdybym oprócz szczęki połamał mu wszystkie kości. (zakładając, gdyby je miał, bo na dzień dzisiejszy mój syn mimo, że legitymuje się czarnym pasem sztuki walk wschodnich – jest zwykłym tchórzem i mięczakiem.

SREBRNY DZWON 6

Alicja, Która w Reddich miała uczyć mnie gry na pianinie biorąc za każdą godzinę 30 funtów, gdy tylko weszła na blog i dowiedziała się, że jej osoba może pojawić się w jakimś epizodzie – natychmiast do mnie zadzwoniła i zerwała wszelkie stosunki. Byłem tak zdruzgotany tą wiadomością, że zaraz na drugi dzień zadzwoniłem do niej z zapytaniem, czy wczoraj rzeczywiście do mnie dzwoniła, czy to był tylko koszmarny sen? Nie tylko potwierdziła, ale nawiązując do Rydwanów Ognia, oświadczyła, że nie życzy sobie być zamieszana w podobną awanturę.
„Dziewczyno, – mówię – w ten sposób uciekając przed deszczem wpadłaś nie tylko pod rynnę, ale cały wodospad!”
Alicja szybko i bardzo nerwowo odłożyła słuchawkę.
Tak oto ewentualni sprzymierzeńcy zamieniają się z dnia na dzień w zajadłych i nieprzejednanych wrogów. Tak było z Agnieszką pięć lat temu, z którą już prawie miałem podpisaną umowę, że moja książka „Stamtąd do wieczności” będzie dostępna w Anglii tylko i wyłącznie w sieci jej sklepów.
Miała wtedy tylko jedno zastrzeżenie: dlaczego mój motokrosowy, pomarańczowy kask nazwałem „Lech Kaczyński”? Kiedy wytłumaczyłem jej, że napisałem to dwa lata przed zamachem Smoleńskim, powiedziała, że jeśli zaznaczę to w przedmowie, wtedy tylko się zgodzi.
Mocno kręcąc nosem w końcu się zgodziłem. Nie było jeszcze wtedy blogu. Mozolnie zbierając pieniądze na wydrukowanie przynajmniej tysiąca egzemplarzy założyłem blog, bo mi ktoś doradził, że w ten sposób mogę ruszyć ze sprzedażą elektronicznej wersji. Tak zrobiłem i siłą rzeczy Agnieszka przewinęła się tam w kilku zabawnych epizodach. Więcej czasu poświęciłem jedynie jej uporowi w przeredagowaniu słowa wstępnego sugerując, że prawdopodobnie chodzi o obawę, że może stracić prawicowych klientów urażonych kaskiem.
Zaraz na drugi dzień dostałem telefon, że cytuję: „zrywam wszelkie z tobą stosunki” (całkiem jak Alicja od pianina). Mało tego, zażądała, abym wykasował to jej wahanie się co do kasku, bo inaczej pójdzie na policję. Jeszcze raz przeczytałem to opowiadanie i ponieważ nie było nawet imienia Agnieszka, ani nazwy sklepu, postanowiłem całą moją złość przelać na papier i zacząłem pisać cykl opowiadań pod nazwą „Smętna Zdzicha 1 – 33”
Pisałem tak, żeby nie miała podstaw prawnych do czegokolwiek. Ta jednak uparcie dzień w dzień atakowała komisariat, tak że zdążyłem wkleić na blogu tylko trzy opowiadania z Agnieszką w roli głównej. Kiedy zostałem zaproszony na rozmowę w komisariacie, uprzejmy aspirant poinformował mnie, że po zatrudnieniu Angielki, która wykłada na uniwersytecie język polski, nie znaleziono na moim blogu znamion przestępstwa. Jednak z powodu, że „ta pani uprzykrza nam życie od miesiąca i naprawdę zalewa się łzami” – została mi przedstawiona prośba, żebym na blogu pisał o wszystkim, tylko już nie o niej. Zgodziłem się pod warunkiem, że to co już napisałem – zostanie. Aspirant pokręcił trochę nosem i się też zgodził.
Teraz, kiedy wkleję na bloga opowiadanie pod tytułem „Pierwsza lekcja Alicji, czyli seks na fortepianie w  nie  tak  calkiemm  małym  mieście (Reddich)”,  zmienię imię, miasto a nawet kolor włosów. Alicja tak jest przestraszona, że mając już tę wiedzę, że drogą prawną nic nie osiągnie, na pewno posunie się do szantażu połączonego z groźbami albo do nikczemnego łapownictwa. Jeśli chodzi o to drugie rozmowa może zacząć się od sumy 3333 funtów. Jeżeli chodzi o to pierwsze – nie boję się żadnej kurwy i żadnego skurwysyna. Uważnie czytając mój blog wydaje się to już być dla każdego oczywiste. Tak oto „Casablanka” zamiast w okresie Bożego Narodzenia, pojawi się dopiero na Wielkanoc!

Rydwany Ognia

Dzisiaj Damian sprawił piąty cud i mam Rydwany Ognia. Jednak nie śpiewam już w Bidford, ale w kościele w Evesham i bez mikrofonu. Mocno fałszuję, ale jednak zdecydowałem się to wkleić, żeby wszystkie skurwysyny były świadome, że nie żartuję. Rydwany Ognia uczyłem się zaledwie pięć dni. Natomiast Casablanki – cały rok. Tak więc w okolicy świąt Bożego Narodzenia, wystąpię we fraku i w cylindrze z piękną dziewczyną przy fortepianie śpiewając As Time Goes By.

SREBRNY DZWON 5

 

 


Dziś w Bidford miała miejsce inauguracja mojego śpiewania na Srebrny Dzwon. Brodwayu nie liczę, bo jestem wciąż wkurwiony na Simona i jego szefa Portorykańczyka. Uprzejmy ksiądz nie nazywa się jednak Bernard, ale Canon Garry Byrne. Znowu ten mój kulawy angielski i głuchota na starość… Tydzień temu wypowiadając nazwisko Byrne, myślałem, że ksiądz przedstawia się imieniem i pomyślałem zaraz o Benku, czyli Bernardzie. Tak czy inaczej jest to pierwszy człowiek o imieniu Garry, tutaj  w  Anglii. Garry spodobał mi się jeszcze z tej strony, że jest mocno do mnie podobny. Kiedy podszedłem do ambony z mikrofonem, żeby śpiewać, Garry tymczasem naciskając czerwony przycisk w komórce uruchamiający wideo, zawołał w niebogłosy:

  • Christofer! W komórce widzę siebie a nie ciebie! Nie zgadzam się na youtube!   -   Zaraz poczułem się jak Damian.
  • Garry, wystarczy odwrócić komórkę – powiedziałem spokojnie.
  • A rzeczywiście! – zawołał i popatrzył na mnie z podziwem jak ja na Damiana, kiedy w trzy sekundy odblokował mi Iphona6, której to operacji nawet nie potrafili wykonać w serwisie. Zaśpiewałem Rydwany Ognia, a ponieważ uczyłem się tego zaledwie trzy dni (trzy dni temu dostałem list od landorta), wypadło kiepsko i z mocnym fałszowaniem tej pięknej muzyki Vangelisa. Ale trudno, daję to na blog, żeby było jasne, że Srebrny Dzwon ruszy niebawem z kopyta.Poza tym akustyka w tym kościele kiepska. Dlatego poproszę Damiana, żeby mi podmienił nagranie Rydwanów Ognia z mojej szóstki, a tamto wykasował zostawiając obraz. Czy to jest jednak w ogóle możliwe? Dla Damiana to pestka.Tymczasem w nocy miałem piękny sen. Byli w nim niemal wszyscy, których znam i których lubię i było też wielu całkiem nieznanych mi ludzi. Ponieważ aż do dnia dzisiejszego fizycy są w pułapce kwantów i nie mogą odkryć wzoru matematycznego, który byłby wspólny zarówno dla fizyki klasycznej jak i kwantowej, mają problem. Jest to o tyle ważne, że w fizyce klasycznej, gdy jabłko spadnie z drzewa, to z powodu siły grawitacji zawsze spadnie na ziemię. Tymczasem to samo jabłko z tej samej jabłonki, tylko pomniejszone o jakąś wartość, odłączając się od drzewa – huj wie gdzie poleci.

    No więc w moim śnie miało miejsce uroczyste otwarcie uniwersytetu w Londynie, który zebrawszy wokół siebie najtęższe umysły z tej dziedziny, uznał za swoje credo  zrealizować pragnienie Einsztajna  i   znaleźć sposób, aby pogodzić obie dziedziny i uczynić z nich jedno. Ponieważ jest to niemożliwe, było jasne,że chodzi tutaj o kompromis.

    Zaraz zapisałem się na ten uniwersytet i nawet wszystkie moje manatki przytargałem do pociągu, który za kilka dni miał nas zawieść do Londynu.

    Tymczasem z Polski doszła nas taka wiadomość: na Podtarzu powstał uniwersytet, który kształci swoich studentów w duchu całkowitej nieprzystawalności obu nauk. Uniwersytet ten wyłamując się z naukowych zasad, nazywa fizykę klasyczną dobrem, a fizykę kwantową złem. Zaraz zapytałem rektora tej uczelni dlaczego nazywa fizykę kwantową złem, skoro mój laptop i komórka funkcjonują wyłącznie dzięki niej?

    Na to rektor mi dał taką odpowiedź:

  • Przeczytaj uważnie pierwsze trzy zdania Księgi Rodzaju, a będziesz wiedział.   Kurwa mać, czytałem to tyle razy! Ale kiedy tylko przeczytałem jeszcze raz, rzuciłem się pędem do kierownika pociągu, czy jest w ogóle taka możliwość, żeby zrezygnować z Londynu i zabrać swoje rzeczy. We śnie ta opcja wydawała się być jakby niemożliwa.
  • Ależ oczywiście!
  • A rzeczy mogę też zabrać?
  • Oczywiście!  -   Na szczęście pociąg jeszcze nie odjechał i chociaż wszystkie moje rzeczy mi rozkradziono, zacząłem namawiać znajomych do zmiany decyzji, bo jeszcze można ją zmienić. Oni wszyscy jednaki byli zdecydowani na Londyn,  bo  nie  mogli  uwierzyć  w  to,  że można  jeszcze  zmienić decyzję. Nikogo  więc z nich nie udało mi się przekonać. NIKOGO. 

SREBRNY DZWON 4

 

 

 

Robactwo powoli wychodzi z ziemi. Skurwysyn od Danusi z Port Street zaatakował mnie wczoraj na ulicy wołając, że: „zapierdoli mnie na policji, jeśli nie wykasuję go z sieci”. Przez jedną sekundę myślałem, że przeczytał mój blog. Ktoś mu tylko o tym doniósł, że jego namiary są opublikowane w necie. Sam, ani on, ani Danusia przecież nie potrafią czytać po polsku. A jeśli skurwysyn, tak jak zawołał, pójdzie na policję, ta prędziutko wyprowadzi go z błędu i uświadomi, że ujawnienie jego danych osobowych nastąpiło przez Zenona z naprzeciwka, a nie przeze mnie. Nawiasem mówiąc, jak tylko zlokalizuję Zenona, będzie to moja pierwsza połamana w Evesham „ośla” szczęka! Nie życzę sobie bowiem, żeby ktoś nieproszony wpierdalał się w mój buissnes.

Czekając wciąż na zapis nutowy Casablanki od Piotra, przełamuję orzechy całkiem na pół…

SREBRNY DZWON 3

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Cała ta trudność i wszystkie przeszkody, które lawinowo zaczęły piętrzyć się, gdy tylko zaświtała mi myśl, żeby zadzwonić do Alicji i umówić się na pierwszą lekcję gry na pianinie, uzmysłowiły mi oczywistą prawdę, że historia lubi się powtarzać. Zanim jednak do Reddich dotarłem i zapukałem w zaczarowane drzwi 20D, miałem zaskakującą przygodę w Bidford z księdzem tamtejszej parafii, w której czarownicą jest Angela. Przez trzy lata naszej znajomości, było dla mnie oczywiste, że ten kapłan, gdyby nawet przez pomyłkę skosztował mojego bigosu, albo na przykład żurku, czy wina, miałby tydzień czasu trwającą biegunkę z torsjami włącznie. Cóż… myliłem się. Straciłem trzy lata, ale bogaty o wiedzę, że TAK MIAŁO BYĆ, przeprosiłem się nawet ze swoimi własnymi myślami. Zaraz po Wszystkich Świętych angielski ksiądz Krzysztof, zrobił sobie tydzień wolnego. Zauważyłem, że ten dzień w Anglii jest równoważny Wielkanocy, albowiem w kościele oprócz mnie i kilkoro stałych bywalców, taki rój ludzi, że nawet dostawianych krzeseł brakuje. I zawsze po Wielkanocy i po Wszystkich Świętych, ksiądz Krzysztof salwuje się ucieczką na Karaiby, aby wypocząć po tych hałaśliwych demonstracjach wiary. Wnoszę więc stąd, że ten ksiądz preferuje kameralne klimaty i bardzo stresują go tłumy… A ja dzięki temu trafiłem znowu do Bidford. Przyszedłem na piechotę (rower u Paula) o 9 rano i nie wiem co zrobić z sobotą, bo Christofer na Karaibach, a w Bidford w sobotę msza święta „janosikowa” – bo niedzielna. Postanowiłem więc poprosić tutejszego księdza o adres kościoła w Pershor. Przyjął mnie bardzo życzliwie, zaprosił na pokoje i wręczając karteczkę z adresem, zapytał mnie o imię.

  • Krzysztof.
  • A ja Bern.

O, kurwa – tego się nie spodziewałem…

Bernard nie tylko okazał się być entuzjastą orzechów włoskich, ale skosztowawszy mojego wina, kazał sobie przynieść na plebanię całą butelkę!

Z powrotem jadę autobusem. Wcale nie zdziwiła mnie wyraźna wrogość kierowcy, za to pasażerowie ( w większości staruszkowie i inwalidzi) przywitali mnie bardzo ciepło. Zaraz jak tylko odebrałem bilet od kierowcy, kolorowa staruszka na wózku inwalidzkim, przywitała mnie tak entuzjastycznie, jakby mówiła: „Nareszcie przyszedłeś tu do nas, a czekaliśmy tyle lat!” Kiedy tylko wyzwoliłem się z czułości staruszki o włosach czerowno-zielono-niebieskich, rzuciło się na mnie dwóch innych , mimo że ogłosiłem wszystkim lojalnie, że ponieważ jest to moja pierwsza jazda piętrowym autobusem – idę na górę, gdzie notabene – pusto. Ale gdzie tam – staruszki dowlekli się za mną i dalej zasuwać po angielsku z czego niewiele rozumiałem, bo w Bidford naród ci dziki i plugawy, ale z kontekstu wywnioskowałem, że owym koneserom wycieczek autobusowych chodzi o to, że mając już swoje lata należy mi się darmowy bilet. Zaraz przypomniał mi się Tony, który hojnie korzystał z tego przywileju. A mnie od razu w głowie pojawiła się radosna myśl: będę jeździł do Londynu na moje występy uliczne nie płacąc ani grosza. Trzeba tylko iść do urzędu, aby wydali taką kartę. Natomiast wrogość kierowcy bierze się stąd, że jeżdżąc z moją przyczepą tam i wewte, daję się mocno we znaki jedynie autobusom i tirom, bo zwykłe samochody perfekcyjnie potrafią wyminąć mnie, gdy jadąc pod górkę widzę za sobą korek złożony z 33 rozjuszonych wściekłością autobusów i tirów.

  • W aptece, ponieważ mam już 60 lat, mam darmowe leki i najwyraźniej tak samo jest z autobusami. Mając każdego dnia niedzielę – będę teraz jeździć po całej Anglii.
  • No nie wiem, nie wiem – powiedział Krystian nie podzielając mojego entuzjazmu, bo musi zapierdalać w Domu Starców cztery dni w tygodniu po 12 godzin – ale idź do urzędu i zapytaj.

A w urzędzie lipa. Darmowe bilety autobusowe owszem są, ale dla ludzi po 70-siądce!

Całkiem załamany mówię Bartkowi, że ludzie w autobusie wzięli mnie za człowieka grubo po siedemdziesiątce. Głowa mnie rozbolała na samą myśl jak walka z demonami może postarzeć człowieka!

  • Twój tryb życia, odżywianie i alkohol tak cię postarza…

Nie wdając się w jałową kłótnię z Matriksem, dalej myślę swoje. Albowiem

po spotkaniu z księdzem Bernardem i radosnym odkryciu, że kompletnie wolny jest od demonów, mogę wziąć na siebie nawet opinię, że wyglądam bardziej staro niż najbardziej posunięty w latach staruszek

w Anglii – Mr,Tony Lyon! Który wreszcie nie wytrzymał presji i umarł!

Natomiast chłodne przyjęcie mojej osoby przez księdza Krzysztofa wzięło się stąd, że zanim zgodził się na rozmowę z tłumaczem, wcześniej musiał zasięgnąć opinii o mnie u księdza Marcina, co jest bardzo naturalne, bo na zdrowy rozum, po co tracić czas i pieniądze na tłumacza, żeby z księdzem porozmawiać po angielsku – skoro całkiem pod ręką jest darmowy ksiądz polski, któremu nie trzeba nic a nic tłumaczyć.

No tak, ale ksiądz Marcin po degustacji mojego bigosu, chociaż miało to miejsce trzy lata temu, musiał przesłać angielskiemu koledze przynajmniej taki sygnał: „uważaj”.

Postanowiłem więc sprawę Srebrnego Dzwonu, całkiem pomijając drogę służbową, przedstawić księdzu Bernardowi. Potrzebuję tylko inteligentnego tłumacza. Teraz pójdzie jak z płatka. Ksiądz Bernard ma na plebanii przenośne pianino i sprzęt nagłaśniający.

Tymczasem Alicja… Alicja przygotowała sobie zapis nutowy dla śpiewającego, czyli dla mnie. To całkiem tak jak w Holandii: chłop z chłopem i baba z babą – nic z tego nie będzie. Alicja obiecała, że za dwa tygodnie przygotuje zapis nutowy na pianino i wtedy już może nawet zrobimy nagranie do sieci…

PAMIĘTNIK STAREGO SUBIEKTA 24

 

 

Filip, angielski odpowiednik zusowskiego orzecznika, przyjął mnie bardzo życzliwie tracąc więcej jak kwadrans na luźną pogawędkę, co ja tu w Anglii porabiam i czy mi się podoba. Polski orzecznik już ze swojej natury jest skurwysynem, bo żaden normalny Polak nie podejmie się następujących zajęć: orzecznika, komornika i klawisza w pierdlu. Jedynie skurwysyny i psychopaci. Polski lekarz dostaje od Zus-u tyle ile stanowi jego miesięczny zarobek za każdego człowieka, któremu udowodni, że nie jest na tyle chory, żeby pobierać od państwa rentę. Jako rehabilitant kilka razy byłem wzywany do orzecznika jako ekspert, by sprawdzić prawdomówność pacjentów skarżących się na dolegliwości dyskowe. Takich wezwań było dokładnie siedem, z czego tylko jedno nie było symulowane. Tak więc jeszcze mam dodatkowych sześciu zawziętych wrogów…

Kiedy Filip przystąpił do testowania moich mięśni zaczął od czterech prostych zabiegów, które w sposób absolutny potwierdzają, że pacjent symuluje. Robił ze mną dokładnie to co robiłem ja przed laty, kiedy byłem wzywany jako ekspert. To są cztery proste ruchy podczas których gdy pojawi się ból, to w kolejnym ruchu, jeśli ból się nie pojawi i to dokładnie w tym samym zakresie kątowym jest oznaką, że pacjent blefuje.

  • Czy boli? – zapytał Filip.
  • Kurewsko!
  • A teraz?
  • Jeszcze bardziej kurewsko!
  • Jesteś pewny?
  • 100 procent.

Filip odetchnął z ulgą, bo każdy orzecznik angielski zawsze jest po stronie pacjenta, albowiem im więcej pacjentów jest na zasiłku, tym więcej zarobią funtów. Tak samo sprawy się mają z urzędnikami przyznającymi różnorakie zasiłki. Oni mają pracę tylko dzięki bezrobotnym, ciężarnym i chorym.

  • Powiedz mi teraz Krzysztofie, jak sobie radzisz z bólem barku przez trzy godziny rozłupując orzechy, aby potem zdjąć z nich skórkę i sprzedać za marne 1,5 funta?
  • Kiedy jestem mocno wkurwiony złość jest zawsze większa jak ból. Ból jest jednak tak bardzo dokuczliwy, że z dwojga złego wybieram złość. A jak tu się nie wkurwiać, kiedy za trzygodzinną pracę płacą ci polskie skurwysyny 1,5 funta?…Kiedy wypełniałeś skierowanie na tomograf, zapytałeś mnie, czy nie mam w sobie jakiegoś metalu…
  • Tak, bo jest tam bardzo wysokie pole i mając w środku metal, mógłbyś się zagotować.
  • No więc nie do końca powiedziałem prawdę…
  • Masz jakąś płytkę? – zapytał Filip sięgając odruchowo do notesu.
  • Mam serce…
  • Rozrusznik?
  • Gorzej.
  • Złącze aortalne?
  • Jeszcze gorzej.
  • A zatem?
  • Żelazo.
  • W sercu?
  • Moje całe serce jest z żelaza.

Filip znieruchomiał i przez dobrą chwilę wydawał się być człowiekiem, który właśnie rozmawia z Marsjaninem.

  • Ludzie mówią, że jestem złym człowiekiem,  bo  mam  serce  z kamienia… to  taki żart po polsku…

Filip odetchnął i klepnął się mocno po obu udach.

  • A to ci dopiero, żelazne serce… dobre!

Wyjaśniłem mu, że pisząc książkę o sobie, muszę siłą rzeczy pisać również o innych, całkiem przypadkowo napotkanych ludziach, a ponieważ moją dewizą jest pisać wyłącznie prawdę, prawie wszyscy potencjalni trzecioplanowi bohaterowie są mocno zaniepokojeni, gdyż wiodąc bardzo, bardzo niekolorowe i nudne życie polskiego robactwa rozmnażającego się w Anglii z taką gwałtownością jak żydowskie robactwo onegdaj w Egipcie, truchleją na sam mój widok.

Filip położył na stole banknot dziesięciofuntowy mówiąc:

  • Jutro przynieś trzy opakowania obranych orzechów, bo jestem pewny, że moje panie pielęgniarki będą chciały je od ciebie zamówić.

Wkładając kasę do kieszeni pomyślałem, że jakkolwiek dzisiejszy dzień zaczął się bardzo kiepsko, to kończy się całkiem  całkiem. Wyszedłem z podziemia jako stary subiekt z jednego powodu. Polskie skurwysyny widząc moje czarne od orzechów ręce przestali zamawiać nawet całkiem neutralne śliwki, bo wino jeszcze mogę zrozumieć – może być zanieczyszczone. A wczoraj widząc jak Angela spierdala z powodu pizzy – całkowicie zrozumiałem te i podobne zachowania ludzi.

Ale mam kłopot, bo zalega dziesięć litrów kompotu, dziesięć litrów czerwonego barszczu i tyleż samo buraczków zasmażanych na masełku z mąką i cebulką – palce lizać!!! (Na razie nie moje|)Trzeba to ogłosić, moje drogie Księżniczki, nie tylko po to żeby się nie zmarnowało, ale że mam  od dwóch tygodni przygotowaną zalewę czarnego bzu z cukrem i już czas, żeby to przelać do baniaka z rurką. Ale baniak kosztuje 15 funtów. Filip dał mi dzisiaj dyszkę, ale to jest wszystko co mam, a kasa od Królowej we wtorek w całości pójdzie na jebany prąd. Piszę „Nokaut”, a powinienem zbierać czarny bez, bo mi zgnije na drzewach. Tak więc moje Księżniczki, ruszcie wielkopańskie dupy i upłynnijcie mi towar, choćby za pół ceny. Będzie to bonus, który w przyszłości sobie wyrównam w ten sposób: Andrzej, tato Marty, zanim wyjechał przestrzegł mnie, uważnie patrząc mi w oczy, że czarny bez ma w sobie trującą substancję, która traci swoje właściwości dopiero po półgodzinnym gotowaniu.

  • Chcesz mi powiedzieć, że dałoby się tym otruć teściową? – zapytałem oblizując  wargi.
  • Jednym łykiem wina…

Postanowiłem więc z każdego baniaka czarnego bzu przegotowanych owoców uszykować inny bliźniaczy „do specjalnych poruczeń”, dodając owoców nie przegotowanych. W ten sposób, jak to zwykł mówić Ryszard Bareja w „Misiu”: „Będzie nas mniej coraz… Polaków”” A ja dopowiem  ”robactwa”

SREBRNY DZWON 2 czyli PAMIĘTNIK STAREGIO SUBIEKTA 9

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Siedzimy w mrocznej mordowni na Port Street „Biały Podpity Łabądź”. Ja mocuję się z trzecim kuflem zimnego Carlinga, a Pan Jezus świetnie udaje, że kończy swój czwarty. Zawieszona na jego szyi siostra Faustyna prawie wczepiona żarłocznymi oczami w twarz swojego Oblubieńca, nie roni ani jednego drgnienia na jego pięknym jak bajka, i jak bajka męskim obliczu. Matka Boska siedzi przy oknie i lekko zamyślona wpatruje się w powoli zamierający ruch na ulicy. Zapada letni zmrok. Mając przed sobą szklankę wody niegazowanej, wiem, że Maryja rzeczywiście wypiła kilka łyków, bo ona absolutnie nie potrafi kłamać, czy nawet udawać. Co innego z Panem Jezusem – jest przecież Bogiem i kto mu może powiedzieć: „Cóż to robisz? Dlaczego tak robisz?” Papież? Król? Prezydent Stanów Zjednoczonych? Żebrak i poeta? Nikt. Zgoła nikt. Nikt i basta! Basta! Po tym jak finezyjnie ograł Lucyfera wybierając z ziemi wszystkie swoje dzieci a Szatanowi zostawiając same ochłapy jego własnych odchodów – jestem pełen podziwu, wręcz urzeczony faktem, że diabeł aż dotąd szczycił się na przykład tym, że zwiódł i pochwycił w piekielne odmęty pierwszego z brzegu takiego sobie biskupa Życińskiego… Ponieważ jednak już wie, należy oczekiwać, że już niebawem w piekielnej furii zacznie odkrywać swoją twarz. I wtedy każdy skurwysyn przekona się, że jest skurwysynem wcale nie dlatego, że go tak nazwałem, ale dlatego, że jest potomstwem Szatana zrodzonym przez niego i wrzuconym w zawirowanie ziemi tylko po to, by zamydlić Bogu oczy i łatwiej pochwycić wybranych. Powtórzył rzecz całą w Hiszpanii nie tak dawno temu, kiedy kilkuset komunistycznych agentów dało się wyświęcić na księży i teraz są kardynałami na Watykanie.

  • Powiedziałeś księdzu Krzysztofowi, że skoro tylko zawiesi srebrny dzwon na Brodwayu, będę temu miejscu błogosławił? – zapytał Jezus perfekcyjnie udając, że wlewa w siebie kolejny łyk piwa.

Zwiesiłem głowę oczekując wymówek, ale siostra Faustyna uspokoiła mnie dając mi taki pozawerbalny przekaz swoimi pięknymi jak gwiazdy oczami: „Spoko!”

  • Powiedziałem przecież, że jeśli go nie zawiesi, Brdodway czeka los taki jaki spotka miasteczko Evesham – a to znaczy zniknie z powierzchni ziemi całkowicie…Swoją drogą wcale nie powiedziałeś nieprawdy. Uczyniłeś jednak zbyt mocny skrót…

Dopiłem piwo i zamawiając kolejne uświadomiłem sobie, że absolutnie nie odczuwam potrzeby tłumaczenia się. Tu jest tak pięknie i baśniowo, że aż dziwię się, że tłumnie dzisiaj zgromadzeni gadatliwi Anglicy, w ogóle nie zauważają, że dziś mamy święto Trzech Króli. Pierwszym królem jest Pan Bóg, drugim Maryja a trzecim moja ukochana Faustynka. Czasami tylko jakiś wytatuowany bydlak śmignie okiem po rozbawionej twarzy Urszuli, rozbawionej faktem, że nikt nie jest zdziwiony obecnością pijanej zakonnicy i właśnie w takim miejscu.

  • Dziś są moje urodziny – powiedziałem rozpoczynając czwarta kolejkę.

Faustyna przesłała mi wdzięczny pocałunek a Pan Jezus powiedział:

  • Matka ma dla ciebie prezent

Maryja wytrącona z zamyślenia zapytała niepewnie

  • Ja?

Pan Jezus uśmiechnął się

  • Ty jesteś, Mamo, zawsze najpiękniejszym prezentem na każde urodziny…

Matka Boska wdzięcznie zwiesiła głowę.

  • Racja, całkiem zapomniałam…

A ja pomyślałem, że odkąd Maryja stała się Panią mojego serca, moje urodziny święcą się każdego dnia…

Pan Jezus westchnął.

  • Niewiele będę mógł ci pomóc. Owszem Ojca znam, znam Go nawet bardzo dobrze, ale o godzinie Sprawiedliwości wie  wyłącznie On sam. Ja, cóż…To jest tak jak z burzą. Czujesz w powietrzu ten zapach i wiesz, że zaraz nastąpi pierwszy błysk a potem zagrzmi gdzieś w oddali i dopiero za jakiś czas – ulewa. Tylko, że ten „jakiś czas” aż zacznie się dziać Sprawiedliwość, to może być jedynie tydzień, a może nawet trzy dni…
  • Myślę, że wtedy będę na tyle bogaty, że stać mnie będzie na drogi bilet lotniczy do Polski…
  • A co wtedy z Inką? Zostawisz ją tak? A co z innymi?

Sytuacja jest kompletnie patowa. Gdybym nawet chodził od domu do domu przestrzegając o zbliżającej się za trzy dni zagładzie – nikt mi nie uwierzy!

  • Porwę Inkę! – wykrzyknąłem uradowany.
  • Porwiesz dziewczynkę, całkiem niezły pomysł… ale nie porwiesz przecież

wszystkich, którzy nie powinni być w tym miejscu.

  • Kiedyś napisałeś, że gdy wszystko się zacznie – powiedziała Maryja z lekkim ożywieniem – wystarczy zasłonić okna, zabarykadować drzwi, zapalić świeczkę, mieć przy sobie krzyż i zamknąć oczy i nikogo nie wpuszczać do środka choćby nie wiem co.
  • Napisałem, tak i powiedziałem, ale kto w to uwierzył?

Matka Boska zwiesił głowę.

  • Racja…
  • Nawet – powiedział Jezus w lekkim zamyśleniu – już jak ktoś ma ten krzyż i zasłoni okna, a nawet zabarykaduje drzwi, to czy ich nie otworzy, gdy usłyszy na zewnątrz głos swojego dziecka, albo matki, albo żony czy przyjaciela?
  • Otworzy, na sto procent otworzy – Maryja odstawiła pusta butelkę i powiedziała krótko – Nic tutaj już nie da się zrobić. To było jakby hasło, by zbierać się do wyjścia. Już na ulicy, kiedy przechodziliśmy obok nieczynnej odkąd tu jestem knajpy bezskutecznie remontowanej, Pan Jezus zatrzymał się w tym miejscu i westchnął raczej niż powiedział’
  • Więc tutaj właśnie mieszkałeś z Bartkiem?
  • Kilka tygodni…
  • Całe wakacje – uściślił Pan Bóg – Myślę – powiedział po chwili – że księdza Krzysztofa ogramy w ten sposób: kiedy tylko powiem ci, że zaraz się zacznie, wykupisz tyle biletów lotniczych ile trzeba i powiesz mu że z pieniędzy, które uzbierałeś na srebrny dzwon chcesz zrobić użytek taki, że organizujesz pielgrzymkę do Medjugoria. Ja pieniądze ci dam, a ksiądz Krzysztof zgodzi się, bo on lubi pielgrzymki.
  • No tak, zgodzi się, ale pod warunkiem, że do Arki wejdą wszystkie jego Czarownice i Janosiki!
  • Daj spokój, o tym żeśmy już rozmawiali i rzecz całą uważam za zamkniętą… zresztą tak po prawdzie cała pielgrzymka nie powinna liczyć więcej jak sześć, siedem osób…

Podrapałem się po głowie i nie mogłem nic więcej powiedzieć.

A na dokładkę, całkiem księdzu Krzysztofowi nie powiedziałem skąd u mnie ta alergia na Arabów. Otóż, kilka lat temu dowiedziałem się w jakich okolicznościach pojawił się Islam. Archanioł Gabriel ukazał się Mahometowi i podyktował mu z grubsza kanony nowej wiary. Były one bardzo zbieżne z katolicyzmem i sam Mahomet dziwił się początkowo po co komu ta nowa religia, skoro jest jakby kopią już istniejącej, ale kazali pisać to pisał. Po długim czasie przebywania sam na sam z aniołem, Mahomet zauważył, że przebywanie z aniołem prowadziło jego dusze do ekstazy, natomiast godziny bez aniołą stawały się bolesną udręką pustki. Kiedy Lucyfer ukrywający się pod postacią Gabriela uznał, że prorok jest schwytany – odkrył karty oświadczając, że islam jest tworzony po to, żeby zadusić chrześcijaństwo, z tym, że ma to być utrzymane w głębokiej tajemnicy. Odtąd koran ma dwie twarze: oficjalną i prawdziwą, głęboko ukrytą. Ta wiedza doprowadziła mnie aż na skraj nienawiści, z której to jednak zostałem cudownie uleczony dziewięć miesięcy temu.

Moja rozmowa z angielskim księdzem pozbawiona tych zasadniczych treści wydawała by się bezsensowna. A jednak zapraszam, zwłaszcza was, drogie Księżniczki, na naszą wyspę, którą są wpisy dokonywane na opowiadaniu anglojęzycznym „Rogów” Potraktujcie to jako szkolenie bojowe w czekającej nas walce. Jest tam zapis tej naszej rozmowy na plebanii.

 

DOSTAŁEM DZIŚ NA URODZINY PREZENT: BARDZO BARDZO ZAKOTWICZONY W TEMACIE SREBRNEGO DZWONU. KTÓRA Z WAS ZGADNIE:  MOJA NAGRODA TRADYCYJNE 333 FUNTY.

 

Właśnie z tego powodu wklejam to opowiadanie jeszcze przed północą, czyli we wigilię 13 sierpnia!