RIO BRAVO

Piosenka pochodzi z filmu „Rio Bravo”. Bardzo lubię ten western, ponieważ właśnie tam samotny szeryf perfekcyjnie rozgniata tamtejsze robactwo mając do pomocy jedynie niepełnosprawnego, utykającego na nogę przyjaciela, wychodzącego z alkoholizmu swojego zastępcę i dwoje nieoczekiwanych sprzymierzeńców: młodego kowboja o imieniu Kolorado i piękną Księżniczkę.
Ja również rozgniatając robactwo mam do pomocy jedynie Józefa, Anglika polskiego pochodzenia, którego choć jeszcze nie mogę nazwać przyjacielem, to już zawdzięczam mu drugie nagranie wideo w kościele. W oczekiwaniu na nieoczekiwanych sprzymierzeńców zdecydowałem się przemycić kilka epizodów z książki „Na deskach” unikając lojalnie imion, nazwisk i kontekstu sytuacyjnego, bo wciąż (chociaż coraz bardziej mniej) wierzę, że nie będzie potrzeby wydawać tej książki. Opublikuję ją wyłącznie będąc do tego przymuszony, ale zanim ujawnię nazwiska i fakty, pragnę uświadomić czytelników co do oczywistej prawdy: każdy bohater z czterystu epizodów, po przeczytaniu książki pozwie mnie do sądu o zniesławienie(poczucie wstydu jest tak głęboko atawistyczne jak nienawiść, działa na ślepo wbrew zdrowemu rozsądkowi) . A ja na to tylko czekam, albowiem opisując wyłącznie suche fakty , lekko tylko ubarwione dla potrzeb literatury, procesy te specjalnie nagłośnię wyłącznie dla potrzeb marketingowych. Każdy proces wygram również dlatego, że podobnie jak to robią dziennikarze śledczy dysponuję w każdej sprawie dodatkowym źródłem informacyjnym. Informatorów pozyskuję w ten sposób: w otoczeniu jakiejś płotki, która sporadycznie kradnie owoce z fabryki wyszukuję kogoś, kto robi to na skalę przemysłową mając za wspólników wyżej postawionych pracowników danej fabryki. Mając niezbite dowody takiej działalności przedstawiam je delikwentowi. Zawsze słyszę pytanie: „Co za to chcesz?” (żeby tego nie ujawniać). Odpowiadam „Nic. Ale jeśli obywatel „Z” pozwie mnie do sądu, staniesz jako mój koronny świadek”. Zawsze mam zgodę. Z dwóch powodów. W oczach hurtownika obywatel „Z” zdaje się być czystszy jak łza i jest dlatego mało prawdopodobne, że wytoczy sprawę sądową. Jednak gdy do tego dojdzie, obywatel „Z” będzie musiał przyznać, że czego jak czego, ale wcale nie spodziewał się „Hiszpańskiej Inkwizycji”, bo oto świadek koronny okaże się być jego bratem, żoną, przyjacielem, czy nawet sąsiadem…

EPIZOD 1

Leżymy sobie z Bartkiem kompletnie wyczerpani po sześciogodzinnej pracy w Samsarze. Jest kwadrans po dwunastej i właśnie zaczęła się przerwa, która zamiast pół godziny, będzie trwała tylko piętnaście minut. Zostaliśmy w ten sposób ukarani, bo jedna kobieta zatamowała ruch setki osób przy klokowniku, nie mogąc utrafić w swój numer. Wszyscy są tak zmęczeni, że czekając cierpliwie nawet podpowiadają kobiecie zrobić to lub tamto, i jeśli czasami ktoś powie „spierdalaj”, to jest to przecież Polak… Ponieważ stanowisko menedżerów było usytuowane na wysokości drugiego piętra, Mosad miał zawsze całą halę na oku. I kiedy zauważył zamieszanie przy klokowniku ,natychmiast zarządał wyjaśnienia sytuacji od liniowego, który bezskutecznie próbował pomóc kobiecie znaleźć swój numer. Mosad nerwowo spojrzał na zegarek i postanowił ukarać wszytkich obcięciem piętnastu minut z przerwy. Do liniowego powiedział: „Go home”. a przestraszoną kobietę potraktował wyjątkowo. Ponieważ miał żonę Polkę znał język na tyle dobrze, żeby wyszczekać takie zdanie:
„A ty, polska kurwo – spierdalaj!”
Kobieta lekko tylko płacząc poszła w ślad za liniowym i za pięć minut wszyscy byliśmy na zewnątrz. Ogromny upał. Ale to wcale nie ciąży, bo po sześciu godzinach pracy w lodówce, sprawia nawet lekką przyjemność. Gorąca herbata z termosu, jakaś kanapka, której wcale nie chce się jeść i cały litr zimnej wody gazowanej wypity jednym duszkiem.
Wyrzucona kobieta miała jakieś pięćdziesiąt lat, niska, lekko przygarbiona z rodzaju zapracowanych polskich kobiet pod tytyłem: „przepraszam, że żyję”. To był jej pierwszy dzień pracy i jeszcze przed szóstą Mosad pobrał odcisk jej palca wsazującego i wyszczekał czterocyfrowy numer do klokowania. Kobieta zaraz sobie zapisała ten numer na dłoni i spokojnie słucha wyjaśnień Araba gdzie ustęp dla kobiet, gdzie szatnia i co ma zrobić w razie pojawienia się kataru.
Po sześciu godzinach numer na dłoni się zatarł i stąd cała ta awantura.

Epizod 2

Pewna kobieta zamówiła masaż dla męża. Ponieważ prawie co dwa miesiące bywałem u nich, powiedzmy to, w sprawach służbowych (żeby na razie nie ujawniać tożsamości) z lekką tylko obawą wpuścili mnie na pokoje, gdzie oczywiście króluje ogromna plazma. Kobieta, która zamawia masaż dla męża już świadczy przeciw niemu i mówi w dodatku, że ten facet który leży zwinięty z bólu ma węża w kieszeni. Będzie musiał wydać przecież dwadzieścia funtów. Najpierw dokonuję krótkiego wywiadu, żeby wykluczyć inne powody bólu, poza bólem dyskowym. Mężczyzna oprócz bólu związanego z nieuchronną utratą 20 funtów, miał na sto procent schorzenie dyskowe. Tak więc po krótkim zabiegu facet leżał na wersalce kompletnie rozluźniony, a ja przez kolejne wlokące się bez końca minuty dopełniające godzinną wizytę musząc udawać że masuję, zabawiałem się z nim luźną rozmową. Podczas tej rozmowy śmignął mi przed oczami goły tyłek trzyletniej dziewczynki i zaraz pojawiła się zasapana matka i robiąc dziecku wyrzuty zabrała go z pokoju. Nie minęło pięć minut a znowu powtórzyło się to samo i znowu to samo i jeszcze raz.
Żegnając się kobieta lekko zakłopotana wytłumaczyła mi, że z córką takie historie wydarzają się od dwu tygodni i że doktor powiedział, że to samo minie.
To, że z tą sprawą robactwo było u doktora to temat na osobną humoreskę, która będzie już w „Nokaucie”!!!

Epizod 3

Sprzedałem moje piękne truskawki pewnej kobiecie w „Europie”, która już na drugi dzień zamówiła następne podając mi swój adres. Ponieważ oprócz truskawek miałem jeszcze na przyczepie różne inne warzywa, zachłanna Polka kupiła prawie wszystko. I pomimo, że cena była grubo niższa jak w Lidlu, coś jeszcze udało jej się utargować. Następną porcję truskawek miałem przywieźć za trzy dni. Drzwi otworzyły mi dwie urocze nastolatki. Od razu rzuciły się na truskawki, a kiedy za chwilę pojawiła się matka – dostała w ramch bonusu panetkę śliwek. To była moja stała klientka prawie przez miesiąc. Dopiero jak weszła na blog stosunki uległy najpierw ochłodzeniu a następnie zamrożeniu. Jeszcze przed zamrożeniem kobieta zapytała mimochodem o co chodzi z tą Księżniczką. Wytłumaczyłem jej najprościej jak można prawie wszystkie zasady. Pokiwała głową, powiedziała, że to bardzo ciekawe, ale zaznaczyła, że zarówno ona sama jak i jej córki są już Księżniczkami. Ponieważ powstrzymałem się, aby nie wybuchnąć śmiechem, musiałem się jakoś inaczej zdradzić, bo nie było już następnego zamówienia. Nie dając za wygraną za jakiś czas pukam do drzwi trzymając w ręku koszyk najpiękniejszych, specjalnie wybranych na tę okazję truskawek. Drzwi otworzył mi żyłowaty, niewysoki mężczyzna mając za plecami dwie dziewczynki, które palącymi się od pragnienia oczami prawie wyjadały mi truskawki z koszyka.
– Słucham pana? – zapytał zimno.
– Mam świeże truskawki do sprzedania.
– Żony nie ma, to ona decyduje o takich sprawach.
Zanim zamknął drzwi zdążyłem zauważyć mocno zawiedzione buzie sióstr.
Jakich argumentów użył tatuś tłumacząc dziewczynkom takie zachowanie, można się łatwo domyśleć, zwłaszcza, że gdy nazajutrz mijałem je z mamą w „Europie”, obdarowały mnie więcej niż niechętnymi spojrzeniami. Z zasady tak było, że dzieci polskiego robactwa bardzo ciepło mnie przyjmowały i to nie tylko dlatego, że zawsze miałem w przyczepie jakiś owoc. Dopiero, gdy rodzice zapoznali się z moim blogiem, również dzieci, po odpowiednim przeszkoleniu, nawet nie mówią mi „dzień dobry” na ulicy. Niestety, jak bardzo to rozumiem! A jednak stanowczo nie polecam! Wobec takich skurwysynów nie ma żadnej taryfy ulgowej i gdyby nawet książka „Na Deskach” wylądowała na śmietniku – to oni zawsze, do końca życia będą rozpoznawalni w „Nokaucie”.

Epizod 4

Kiedy miałem stragan naprzeciw Lidla, miałem też stałą klientkę, która przynajmniej raz w tygodniu kupowała dwa kilogramy śliwek. Kiedy stragan mi zamknęli, dowoziłem jej regularnie śliwki do domu nieopodal.
Któregoś dnia oświadczyła, że już nie będzie ode mnie kupowała.
– Dlaczego? – zapytałem znając odpowiedź.
– Byliśmy z mężem u lekarza i jesteśmy uczuleni na śliwki -takiej odpowiedzi jednak nie znałem!
– Mam jeszcze jabłka, gruszki…
– Na jabłka i gruszki też jesteśmy uczuleni – i zaglądając mi przez ramię na przyczepę, gdzie był koszyk z bananami, zaraz szybko dodała – i na banany też.
– Gdybyś była Księżniczką nie miałabyś uczulenia na nic – szybko i nerwowo zamknęła drzwi.

EPIZOD 5

U księdza Marcina spowiada się lider hołoty kościelnej ze swoich seksualnych zawirowań z samym sobą i swoją żoną. Ponieważ jako odpowiedzialnego katolika obowiązuje mnie tajemnica spowiedzi, zarówno słowa jegomościa jak i pouczenie końcowe księdza Marcina, wiele wyjaśniające słabość kondycji męskiej w kościele – ujawnię dopiero w „Na Deskach”…

 

OPŁAKAĆ STRATĘ

Po stracie laptopa bardzo szybko przyszła mi do głowy myśl, żeby nauczyć się kolejnej piosenki i na tej bazie całkiem poważnie zacząć reklamować moje książki na you-tubie. „I wach the sunrise lighting the sky” to bardzo piękna pieśń pasująca w sam raz na pogrzebowe ceremonie. Ucząc sie jej przez calutki tydzień doświadczyłem ozdrowieńczego uczucia, jak gniew i pragnienie zemsty na złodzieju, przeradza się w niekłamaną wdzięczność. Tak, że podczas gdy tamtej nocy złodziej pochwycony na gorącym uczynku miałby zgilotynowane obie ręce, – tak teraz z wdzięczności oddałbym mu również zasilacz, którego nie mógł wtedy dosięgnąć . Piosenka ta pomogła mi opłakać stratę i znaleźć w niej przynajmniej dwie ogromne korzyści: odnalazłem zapomniany laptop Tonego, którego klawiatura umożliwia mi pisanie wszystkimi pięcioma palcami i ukonkretniony pomysł na sprzedaż wersji elektronicznej mojej pierwszej książki „Stamtąd do wieczności”. Przez cały rok byłem ufiksowany w pomyśle, że „Casablankę” należy śpiewać do pięknej dziewczyny i szukając takiej dziewczyny straciłem ten rok, bo dowiedziałem się, że wcale nie trzeba było jej szukać: ona jest, tylko, że po drugiej stronie ekranu… Poza tym, żeby uwiarygodnić rzecz całą, musiałby to robić profesjonalny operator i to przynajmniej z dwóch kamer. Tak więc już w najbliższą sobotę zaśpiewam „As Time Goes By” i zareklamuję bardzo skutecznie na you-tubie moje wszystkie trzy książki.

POLSKA – EUROPA 3 – 0

Od dziewczyn z Europy (trzy piękne siostry i urocza czarnulka, której imię mi właśnie wypadło z głowy) od wielu tygodni byłem więcej niż hojnie obdarowywany różnorakimi produktami, których termin ważności upływał na dniach, po których upływie sklep wyrzuca wszystko do utylizacji (mój ulubiony zielony bin!) W ten sposób jedzenie i picie w Anglii nic mnie nie kosztuje.
Tak było aż do niedawna, albowiem przebiegły ciapak, postanowił przechytrzyć angielski sanepid i zarobić na przeterminowanych produktach, niewiele tylko zniżając cenę. Zrobiłem więc zdjęcia śledzi w słoikach, których termin ważności na etykiecie był 23 styczeń, a mój zaczarowany Iphon obwieścił z dumą, że dowód rzeczowy został utrwalony dokładnie trzy dni później. Wkurwiony Hindus, któremu tępa i głupia Ewelina – czarny kurdupel z okrągłym łbem, zakablowała, że robię w sklepie zdjęcia, zaczął robić w portki… Wiem że to ona, bo przy świadkach zwróciła mi uwagę, że jeśli na przyszłość będę w sklepie robił zdjęcia, to muszę uzyskać najpierw zgodę właściciela. Ale powiedziała!
Tego samego dnia wieczorem podszedł do mnie ciapak i poinformował, że mam zakaz wchodzenia do sklepu pod rygorem wezwania policji. Pokazałem mu gest Kozakiewicza i wyszedłem ze sklepu mocno rozbawiony. To był czwartek albo piątek a citizen w piątek zamknięty, więc dopiero w poniedziałek, czyli dzisiaj, dowiedziałem się od tamtejszych prawników, ze jak ciapak wezwie policję to ja mam prawo wezwać brygadę antyterrorystyczną, pod warunkiem wszakże, że dysponuję 100 % dowodem, że muzułmanim truje ludzi zepsutymi śledziami. Kiedy powiedziałem, że mam dowód w mojej komórce – urzędnik od razu zaproponował, aby pójść z tym na policję.
Ja jednak postanowiłem wstrzymać się z tym, bo skoro o mojej wywiadowczej działalności Ewelina doniosła skurwysynowi, to nie Ewelina ale jakaś inteligentna dziewczyna, która jest na bieżąco z moim blogiem doniesie hujowi, że mam dowód i mało czasu na rozmowę przy bardzo mało okrągłym stole, albowiem ja mam wszystkie karty a on nie ma żadnej.
O Ewelinie, która donosi na mnie muzułmanom jest epizod w „Na deskach”. Ma tam swój filmik wideo, który zrobiłem, jak kradnie pod ladę jeden z trzech pojemników jakiegoś tam produktu wyjętego z koszyka klienta.
A dlaczego Polska – Europa 3 – 0, a nie dwa zero?
Ciapak to raz, Ewelina to dwa a Citizen to trzy. Ponieważ brutalnie pozbawiono mnie darmowych produktów w Europie, zapytałem urzędnika w offisie, czy jako człowiek na zasiłku mogę skorzystać z paczek żywnościowych którymi już raz tak hojnie zostałem obdarowany. Jutro jadę tam z moją przyczepą!!!

TO JA ZŁODZIEJ

Jestem umówiony z Bartkiem na skypa na weekend i będziemy się rozliczać z fiskusem. Gdyby tak Bartek wszedł na mój blog i się obraził miałbym poważne problemy. Ale z rozmowy wywnioskowałem, że syn na blogu jeszcze nie był. Dziś od Ani z Europy dostałem drugą łapkę do góry. Byłaby to już trzecia, ale mąż Romy z hołoty kościelnej, kiedy go tydzień temu molestowałem – zrobił mi łapkę w górę, ale potem posłuchał co mówię i WYKASOWAŁ!!! Nawet nie ma pojęcia jak całą rodziną zasila mój blog! Rasowy skurwysyn razem z Mateuszem od Marysi z pięcioma chłopakami i przywódcą hołoty kościelnej księdzem Marcinem – tłustym oligarchą…
Ania dając mi łapkę do góry powiedziała, że mam piękne rzęsy!!! O kurwa! Naprawdę tak powiedziała, a zatem dziewczyna WIDZI, a zatem kolejna moja Księżniczka. Kasieńka z Europy, która obdarowała mnie noworocznym prezentem w postaci tortu dostała opryszczkę na górnej wardze… tej wardze… Szkoda, że jeszcze mi nie ufa na tyle, żeby nie chorować.
Ogłaszam przetarg nieograniczony na identyfikację złodzieja mojego laptopu. posłuchałem się Anny i innych i postanowiłem nie odpuszczać!!!

GOSPODA POD ZMURSZAŁYM PODGRZYBKIEM 3 CZĘŚĆ PIERWSZA

Nie przypuszczałem, że przepisywanie, a następnie poprawianie na język angielski „Dzikiego Serca” zajmie mi taki kawał czasu. Spodziewałem się, że te dziewięć miesięcy to taki znak od Pana Boga, ale się znowu pomyliłem… To było jedynie potrzebne po to, abym wprawiał się w języku angielskim. No bo Eldrage to skurwysyn jakich mało. Wydaje się, że swoją książkę napisał wyłącznie po to, żeby uśpić czujność tych najbardziej wartościowych wiernych. Skoro mój brat Marek, przeczytawszy „Dzikie Serce” przeszedł nad tym do porządku dziennego nie rozważając możliwości ucieczki z Matriksa, a Piotr siostrzeniec już drugi tydzień łamany kołem przez grypę, powinien po lekturze tej książki już NIGDY nie chorować – gdzie leży pies pogrzebany, ktoś zapyta? Oto książka „Dzikie serce” jest absolutnie bezużyteczna, a nawet w szczególny sposób szkodliwa, bo usypia czujność na działanie własnych demonów.
Sinusoida życia duchowego, tak mocno podkreślana przez nieżyjącego już księdza Mokrzyckiego to recepta w jaki sposób oswoić swoje demony i czuć się w porządku wobec własnego sumienia.
Tymczasem prawda jest taka, że ujarzmiając własne demony, człowiek staje się Księciem i nie ma już sinusoidy, ale radosną spiralę wzwyż – „sursum corda!”.
Kilka lat temu dostałem laptop od Tonego i używam go wyłącznie do pisania.Ponieważ jest to stary typ ma wąską klawiaturę całkiem podobną do mojej starej maszyny, dlatego szybko nauczyłem się pisać wszystkimi pięcioma palcami. To duża wygoda i niezły dopalacz, bo gdy tylko pojawi się myśl, albo obrazek, mam wszystko dosłownie w zasięgu ręki. Teraz więc skoro spełniłem warunek barmana, biorę Karinę i lecimy do zapomnianej knajpki. Dwaj kolesie w mrocznym rogu wyglądają tak, jakby upływ tych kilku lat sprawił jedynie to, że ich śnieżnobiałe mankiety u koszul lekko tylko pożółkły, a może po prostu blade światło kaganka rzucało cień od złotych spinek wielkości dwufuntowej monety. Barmana jak zwykle nie było, ale natychmiast pojawił się, gdy tylko położyłem laptop na wyrudziały kantor.
„To niebezpieczne nosić coś podobnego ze sobą zwłaszcza w TO miejsce”.
„Dlaczego?” – zapytałem.
„To wynalazek Szatana”.
Nie miałem dnia, żeby wieść spór w rodzaju co było wcześniej kura czy jajko, więc popatrzyłem tylko na Karinę wciskając „enter”.
Barman cofnął się lekko do tyłu słysząc swój chropowaty głos.
„Nagrałeś to?”
Popatrzyłem na dwóch gości w kącie.
„Wszystko jest nagrywane”.
Barman wyjął trzy błyszczące szklanki, przelał do nich zawartość butelki ukrytej w wiklinowym koszyczku.
„Szkocka whiski – powiedział przechylając swoją szklankę – dziwnie słyszeć jest swój głos.
A więc – powiedział po chwili – umiesz już pisać pięcioma palcami”…
Nie wiedzieć czemu Karina kiwnęła głową.
„Pokaż”
„Co napisać?” – zapytałem.
Barman rozejrzał się za drugą butelką i po chwili wypełnił swoją szklankę dokładając starań, żeby zawartość wszystkich trzech lśniła na jednakowym poziomie. Chyba każdy barman ma to już we krwi.
„Napisz tak: zbliżał się koniec szabatu.Opustoszałymi uliczkami Jerozolimy przemykała kobieta. Owinięta czarnym szalem niosła coś w zanadrzu. Skręcając z uliczki w uliczkę oglądała się za siebie i dopiero upewniwszy się, że nie jest śledzona, co rusz rozwijała zawartość, tak, żeby blade słońce chylące się ku zachodowi nie zdradziło jej tajemnicy…” Pięć zdań i pięć palców.
Świetnie!

GOSPODA POD ZMURSZAYM PODGRZYBKIEM 2 I TRZY CZWARTE

Dziś w nocy skurwysyn z Matriksa zapierdolił mi laptop, z otwartego okna,wiec pisze z biblioteki trochę tylko wkurwiony, bo dzięki złodziejowi właśnie zmuszony jestem wkleić opowiadanie „G. P. Z P. 3″ Zrobię to jednak dopiero wtedy jak uda mi się podlączyć internet do laptopa Tonego. Ponieważ w skradzionym laptopie miałem wszystkie hasła – muszę teraz wszystko pozmieniać, dlatego zatrudniłem chorego Piotra. Oto przykład w jaki sposób obornik potrafi być użyteczny.

NOC I PORANEK TRZECH KRÓLI

 

 

 

 

Dzisiaj obudziłem się krótko po północy i postanowiłem odpowiedzieć Ani nie na maila, ale na forum, czyli na wyspie. Anna chciała bardzo dowiedzieć się czegoś więcej o Oli. Gdy to zrobiłem krótko po trzeciej, poszedłem dalej spać przy akompaniamencie nabożeństwa Sylwestrowego z Pustelni (1h 20 min) z odpustem zupełnym na koniec. Nie przestając uczestniczyć w nabożeństwie i mając świadomość, że na ten odpust ktoś z upragnieniem czeka – postanowiłem za wszelką cenę nie usnąć. I wtedy właśnie zapadłem w upiorny sen. Sen przerywany spazmatycznymi przebudzeniami, podczas gdy moje ciało zlane było potem. Nie miejsce to i czas opisywać te migawki, albowiem najważniejsza rzecz to ta, że na koniec już nie jakaś mara senna ale osobiście mój Anioł Stróż walnął mnie w bok bez pardonu, aż mam zdartą skórę. A zrobił to dokładnie w momencie, kiedy ksiądz wypowiadał formułę błogosławieństwa odpustowego.

Usiadłem i całkiem wytrącony ze snu pomyślałem że właśnie teraz wyłazi z Czyśćca ktoś o randze równej przynajmniej Marszałkowi Józefowi Piłsudzkiemu…

Kiedy wróciłem do spania usnąłem mięciutko, jak ktoś kto po bardzo pracowitym dniu zapada w sen… (sny bowiem, którym towarzyszą piekielne wyziewy tyle zabierają człowiekowi energii ile dniówka na kopalni. Często bowiem słyszałem pod swoim adresem: „Coś ty taki wypluty”? „A całą noc śniły mi się koszmary” W kolejnym nawiasie, mówiąc nawiasem, tajemnicze i niczym nie uzasadnione potrójne zapadanie w sen trzech apostołów w Ogrójcu, nie było konsekwencją późnej pory, ani żadną przypadłością cielesną spowodowaną obżarstwem a zwykłym, najnormalniejszym DOPUSTEM BOŻYM. Gdyby bowiem apostołowie czuwali, faryzeusze byliby zmuszeni posyłać kolejny oddział sług a Judasz nie wisiałby na drzewie ale w drzewie.

To była jednak zapowiadana przez Boga godzina ciemności, która dla apostołów trwała trzy dni z wąskim haczykiem, a dla mnie, wyłączając kilkakrotne okresy przebudzenia – dokładnie jedną godzinę zegarową. Kiedy wreszcie usnąłem lekko zaciekawiony kogóż to Bóg z taką gwałtownością oporu piekielnych mocy wyciągnął za uszy z Czyśćca, przyśnił mi się sen następujący:

Siedzę sobie w parku na ławeczce, jest wiosna, ptaszki śpiewają, nieopodal plac zabaw dla dzieci, kilka mam z wózkami i parę osowiałych wiosennym klimatem osłów – czyli autorów i bezpośrednich sprawców tego co w tych wózkach się znajduje. Rozkładając sobie w głowie akcenty kolejnego rozdziału „Nokautu” i sącząc z butelki zimną„Warkę”, kątem oka spostrzegłem, że oto zza drzew wyłania się moja żona Ida pchając przed sobą niebieski wózek szerszy niż normalnie i że jest sama. Natychmiast poczułem się jak osioł i zasłoniłbym się gazetą, gdybym tylko ją miał, ale ponieważ gazety nie miałem zamknąłem oczy w nadziei, że jak ja nie widzę to i mnie nie widzą. Daremnie… Ida przeszła do huśtawek i wtedy otworzywszy oczy natychmiast je zacisnąłem, bo ta, już bez wózka idzie w moja stronę. Nie zdążyłem odmówić do końca egzorcyzmu do świętego Michała Archanioła, kiedy poczułem przed sobą koszmarną, stojącą nieruchomo jak drzewo rzeczywistość. Ida stała naprzeciw mnie i w końcu powiedziała:

- Myślałam, że podobno jesteś w Anglii?

 - No bo jestem… – i chowając butelkę za plecy wstałem grzecznie, aby podać jej rękę..

Potem powiedziałem następującą rzecz: „Miło jest cię widzieć” i obserwując jej reakcję pomyślałem tylko „O, kurwa, Matrix wraca!”

  • Co tam masz w tym wózku? – zapytałem nieśmiało, bo Bartek nie zmieściłby się nawet do karety.
  • A zgadnij, ty jełopie.

Zajrzałem do wózka, a tam dwie buzie owinięte w mohery babcine z zamkniętymi nieruchomo oczami. Od razu wiedziałem, że to dziewczynki i od razu przypomniało mi się, że z Polski od kilku lat ścigają mnie listem gończym nie za jakieś tam długi, ale za alimenty.

  • Która z nich jest moja? – zapytałem przełykając ślinę.
  • Obie!!!, czyżbyś nie odbierał moich listów?!

O, kurwa, no to wpadłem….

  • Słuchaj, jak obie, to świetnie, zawsze chciałem mieć dużo dzieci… macie gdzie mieszkać?
  • Mieszkamy w tej zapyziałej klitce w Rokitnicy…
  • Nie!… to trzeba zbudować dla nich jakiś dom, albo nawet pałac…
  • Pałac?!!

Patrząc na zdziwienie mojej żony i dziwne, nieruchome twarze moich nowych dzieci, przypomniało mi się, że pałace buduje się wyłącznie dla Księżniczek a więc jest szansa ograć Matriks nawet w obliczu takiego zagrożenia jakim jest Ida.

  • Ty baranie, popatrz tylko na siebie i przemyśl to co wyprawiasz na swoim blogu…

Niechętnie stosując się do tej sugestii, która w gruncie rzeczy była rozkazem – obudziłem się.

 

 

Nie byłem wcale a wcale zlany potem, a nawet będąc lekko rozbawiony, czułem ulgę, że to był tylko sen i jednocześnie żal, bo prawdziwie pokochałem te dziewczynki od pierwszego wejrzenia.

 

Śpię dalej…

 

Budzi mnie Adam z AWF, któremu pomagałem pakować arbuzy w Organiku.

  • Nie przejmuj się, Michel Jackson zbudował sobie pałac, a więc nie jest to całkiem nierealne…

Popatrzyłem na Adama…

  • Adam ja nie mam nawet na piwo…
  • To sprzedaj butelki albo zagraj w totolotka. Teraz CBA ściga bardzo sprawnie jedynie skurwysynów a ty przecież już nim nie jesteś.

 

Znowu się obudziłem. Ale za to z konkretnym planem: sprzedam butelki i zagram w totka. I wtedy uświadomiwszy sobie, że to był tylko sen, znowu zacząłem żałować, bo naszło mnie gwałtowne pragnienie zdobycia pieniędzy na pałac.

Ponieważ nie było jeszcze piątej jeszcze raz wracam do noworocznego nabożeństwa, żeby zamknąć sprawę z odpustem.

Po krótkiej chwili zasnąłem mówiąc Panu Bogu „Jeśli to co tej nocy wylazło z czyśćca to te dziewczynki, niech mi się przyśni dalszy ich ciąg.”

Efekt tego był taki, że kiedy się obudziłem, natychmiast zasiadłem do laptopa żeby wszystko zapisać i niczego nie uronić. Grom z jasnego nieba!

 

Jesteśmy w Rokitnicy. Teściowa patrzy się w telewizor a Ida zmywa naczynia. Ja widząc jak dziewczynki zapierdalają na nóżkach co chwila się przewracając i uparcie podnosząc, jestem rozdwojony: czy mam pomagać dzieciom w chodzeniu, czy wyręczyć Idę w zmywaniu naczyń, czy też może zgasić telewizor?

W końcu pytam

  • Ile te dzieci mają lat?
  • Lat? Mają osiem miesięcy i trzy tygodnie.

Teściowa zgasiła telewizor, Ida przestała zmywać i obie ruszają w moim kierunku.

O, kurwa, to przecież drugie piętro i chociaż okno balkonowe otwarte to jednak ślepa kuchnia!

Tymczasem zamiast rzucić się na mnie,  obie zaczęły mnie głaskać.

  • I tyś myślał, głupi ośle, że to są twoje dzieci?

 

Kiedy się obudziłem, policzyłem na palcach i niestety obie miały rację: biologicznym ojcem nie jestem. Szkoda, że nie i szkoda, że się obudziłem, bo trzeba dusić bażanta… o  którym wiecej  piszę na wyspie.

Dziewczynki mają na imię Anna i Maria, są bliźniaczkami i stałem się po Beniaminie po raz trzeci ojcem chrzestnym dzieci nienarodzonych. O Beniaminie piszę w opowiadaniu „Pomarańczowa pomarańcza.”

SREBRNY DZWON 7

 

 

Moja ponad wszystko najukochańsza siostra po bożonarodzeniowej rozmowie „opłatkowej”, po raz drugi stała się niechcący promotorem rewolucyjnie   nawarstwiających  się, gwałtownych zmian w moim życiorysie. Dwa lata temu podrzuciła mi trzy książki, które kompletnie wywróciły mi moje widzenie rzeczywistości, a trzy dni temu poleciła Witolda Gadowskiego, po tym jak zwierzyłem się jej z moich niedawnych odkryć: Grzegorza Brauna i dziennikarza śledczego, Sumlińskiego który wydaje   się  być  jedynym twórcą upadku Komorowskiego i zwycięstwa PiS. Teraz cotygodniowe felietony pana Witolda będą miały swoje niedopowiedzenia na moim blogu, a ściślej na wyspie, bo będę napierdalał za trzech (Krzysztof, Andrzej,  Piotr Rajczykowski) nawet nie oszczędzając własnego syna, bo z nowym rokiem opublikuję opowiadanie z Chorzowa o naszym burzliwym rozstaniu z Darią, o mojego syna niejasnych związkach z BartłomiejemD., vel Kłodą (chodzi o bardzo istotny dla każdego mężczyzny dziedziczony spadek impotencji i związanych z tym permanentnych frustracji, które u mojego syna manifestują się gwałtownym zrywaniem wszelkich związków z płcią przeciwną). D. niepokoi mnie z tego powodu, że potrafił sprytnie wykolegować wszystkie dotychczasowe dziewczyny mojego syna i dalej być numer jeden w serwisie usług, nazwijmy to „paraseksualnych”(zamiłowanie do ostrej jazdy samochodem lokuję w niespełnionych marzeniach o  tej  prowienencji., a to Bartek ma od przyjaciela na wyciągnięcie ręki. Brrr! Fe! (Jakby co, to to jest posag Lusi…” Czy ten człowiek może być moim synem? Na chwilę obecną jest jedynie skurwysynem (po matce, taniej kurewce z rodu R.)

Tyle osobistych wycieczek.

Ponieważ dowiedziałem się, że CAŁA moja rodzina z uwagą i lekkim zafrasowaniem przyjrzała się mojemu śpiewaniu Rydwanów Ognia, no więc zakładam, że również Bartek, mój syn, wejdzie na you-tub, żeby zobaczyć tatusia w Casablance, jak śpiewam do prawdziwie pięknej dziewczyny (a nie  jakiejś mocno  poranionej  dziewczynki) będzie miał chwil kilka na refleksje która obudzi w nim pragnienie bycia prawdziwym mężczyzną? Jeśli tak – będzie musiał zapłacić mi za to 3333 funty, albowiem moje wkurwienie na niego nie minęłoby nawet wówczas, , gdybym oprócz szczęki połamał mu wszystkie kości. (zakładając, gdyby je miał, bo na dzień dzisiejszy mój syn mimo, że legitymuje się czarnym pasem sztuki walk wschodnich – jest zwykłym tchórzem i mięczakiem.

SREBRNY DZWON 6

Alicja, Która w Reddich miała uczyć mnie gry na pianinie biorąc za każdą godzinę 30 funtów, gdy tylko weszła na blog i dowiedziała się, że jej osoba może pojawić się w jakimś epizodzie – natychmiast do mnie zadzwoniła i zerwała wszelkie stosunki. Byłem tak zdruzgotany tą wiadomością, że zaraz na drugi dzień zadzwoniłem do niej z zapytaniem, czy wczoraj rzeczywiście do mnie dzwoniła, czy to był tylko koszmarny sen? Nie tylko potwierdziła, ale nawiązując do Rydwanów Ognia, oświadczyła, że nie życzy sobie być zamieszana w podobną awanturę.
„Dziewczyno, – mówię – w ten sposób uciekając przed deszczem wpadłaś nie tylko pod rynnę, ale cały wodospad!”
Alicja szybko i bardzo nerwowo odłożyła słuchawkę.
Tak oto ewentualni sprzymierzeńcy zamieniają się z dnia na dzień w zajadłych i nieprzejednanych wrogów. Tak było z Agnieszką pięć lat temu, z którą już prawie miałem podpisaną umowę, że moja książka „Stamtąd do wieczności” będzie dostępna w Anglii tylko i wyłącznie w sieci jej sklepów.
Miała wtedy tylko jedno zastrzeżenie: dlaczego mój motokrosowy, pomarańczowy kask nazwałem „Lech Kaczyński”? Kiedy wytłumaczyłem jej, że napisałem to dwa lata przed zamachem Smoleńskim, powiedziała, że jeśli zaznaczę to w przedmowie, wtedy tylko się zgodzi.
Mocno kręcąc nosem w końcu się zgodziłem. Nie było jeszcze wtedy blogu. Mozolnie zbierając pieniądze na wydrukowanie przynajmniej tysiąca egzemplarzy założyłem blog, bo mi ktoś doradził, że w ten sposób mogę ruszyć ze sprzedażą elektronicznej wersji. Tak zrobiłem i siłą rzeczy Agnieszka przewinęła się tam w kilku zabawnych epizodach. Więcej czasu poświęciłem jedynie jej uporowi w przeredagowaniu słowa wstępnego sugerując, że prawdopodobnie chodzi o obawę, że może stracić prawicowych klientów urażonych kaskiem.
Zaraz na drugi dzień dostałem telefon, że cytuję: „zrywam wszelkie z tobą stosunki” (całkiem jak Alicja od pianina). Mało tego, zażądała, abym wykasował to jej wahanie się co do kasku, bo inaczej pójdzie na policję. Jeszcze raz przeczytałem to opowiadanie i ponieważ nie było nawet imienia Agnieszka, ani nazwy sklepu, postanowiłem całą moją złość przelać na papier i zacząłem pisać cykl opowiadań pod nazwą „Smętna Zdzicha 1 – 33”
Pisałem tak, żeby nie miała podstaw prawnych do czegokolwiek. Ta jednak uparcie dzień w dzień atakowała komisariat, tak że zdążyłem wkleić na blogu tylko trzy opowiadania z Agnieszką w roli głównej. Kiedy zostałem zaproszony na rozmowę w komisariacie, uprzejmy aspirant poinformował mnie, że po zatrudnieniu Angielki, która wykłada na uniwersytecie język polski, nie znaleziono na moim blogu znamion przestępstwa. Jednak z powodu, że „ta pani uprzykrza nam życie od miesiąca i naprawdę zalewa się łzami” – została mi przedstawiona prośba, żebym na blogu pisał o wszystkim, tylko już nie o niej. Zgodziłem się pod warunkiem, że to co już napisałem – zostanie. Aspirant pokręcił trochę nosem i się też zgodził.
Teraz, kiedy wkleję na bloga opowiadanie pod tytułem „Pierwsza lekcja Alicji, czyli seks na fortepianie w  nie  tak  calkiemm  małym  mieście (Reddich)”,  zmienię imię, miasto a nawet kolor włosów. Alicja tak jest przestraszona, że mając już tę wiedzę, że drogą prawną nic nie osiągnie, na pewno posunie się do szantażu połączonego z groźbami albo do nikczemnego łapownictwa. Jeśli chodzi o to drugie rozmowa może zacząć się od sumy 3333 funtów. Jeżeli chodzi o to pierwsze – nie boję się żadnej kurwy i żadnego skurwysyna. Uważnie czytając mój blog wydaje się to już być dla każdego oczywiste. Tak oto „Casablanka” zamiast w okresie Bożego Narodzenia, pojawi się dopiero na Wielkanoc!

Rydwany Ognia

Dzisiaj Damian sprawił piąty cud i mam Rydwany Ognia. Jednak nie śpiewam już w Bidford, ale w kościele w Evesham i bez mikrofonu. Mocno fałszuję, ale jednak zdecydowałem się to wkleić, żeby wszystkie skurwysyny były świadome, że nie żartuję. Rydwany Ognia uczyłem się zaledwie pięć dni. Natomiast Casablanki – cały rok. Tak więc w okolicy świąt Bożego Narodzenia, wystąpię we fraku i w cylindrze z piękną dziewczyną przy fortepianie śpiewając As Time Goes By.