Rydwany Ognia

Dzisiaj Damian sprawił piąty cud i mam Rydwany Ognia. Jednak nie śpiewam już w Bidford, ale w kościele w Evesham i bez mikrofonu. Mocno fałszuję, ale jednak zdecydowałem się to wkleić, żeby wszystkie skurwysyny były świadome, że nie żartuję. Rydwany Ognia uczyłem się zaledwie pięć dni. Natomiast Casablanki – cały rok. Tak więc w okolicy świąt Bożego Narodzenia, wystąpię we fraku i w cylindrze z piękną dziewczyną przy fortepianie śpiewając As Time Goes By.

SREBRNY DZWON 5

 

 


Dziś w Bidford miała miejsce inauguracja mojego śpiewania na Srebrny Dzwon. Brodwayu nie liczę, bo jestem wciąż wkurwiony na Simona i jego szefa Portorykańczyka. Uprzejmy ksiądz nie nazywa się jednak Bernard, ale Canon Garry Byrne. Znowu ten mój kulawy angielski i głuchota na starość… Tydzień temu wypowiadając nazwisko Byrne, myślałem, że ksiądz przedstawia się imieniem i pomyślałem zaraz o Benku, czyli Bernardzie. Tak czy inaczej jest to pierwszy człowiek o imieniu Garry, tutaj  w  Anglii. Garry spodobał mi się jeszcze z tej strony, że jest mocno do mnie podobny. Kiedy podszedłem do ambony z mikrofonem, żeby śpiewać, Garry tymczasem naciskając czerwony przycisk w komórce uruchamiający wideo, zawołał w niebogłosy:

  • Christofer! W komórce widzę siebie a nie ciebie! Nie zgadzam się na youtube!   -   Zaraz poczułem się jak Damian.
  • Garry, wystarczy odwrócić komórkę – powiedziałem spokojnie.
  • A rzeczywiście! – zawołał i popatrzył na mnie z podziwem jak ja na Damiana, kiedy w trzy sekundy odblokował mi Iphona6, której to operacji nawet nie potrafili wykonać w serwisie. Zaśpiewałem Rydwany Ognia, a ponieważ uczyłem się tego zaledwie trzy dni (trzy dni temu dostałem list od landorta), wypadło kiepsko i z mocnym fałszowaniem tej pięknej muzyki Vangelisa. Ale trudno, daję to na blog, żeby było jasne, że Srebrny Dzwon ruszy niebawem z kopyta.Poza tym akustyka w tym kościele kiepska. Dlatego poproszę Damiana, żeby mi podmienił nagranie Rydwanów Ognia z mojej szóstki, a tamto wykasował zostawiając obraz. Czy to jest jednak w ogóle możliwe? Dla Damiana to pestka.Tymczasem w nocy miałem piękny sen. Byli w nim niemal wszyscy, których znam i których lubię i było też wielu całkiem nieznanych mi ludzi. Ponieważ aż do dnia dzisiejszego fizycy są w pułapce kwantów i nie mogą odkryć wzoru matematycznego, który byłby wspólny zarówno dla fizyki klasycznej jak i kwantowej, mają problem. Jest to o tyle ważne, że w fizyce klasycznej, gdy jabłko spadnie z drzewa, to z powodu siły grawitacji zawsze spadnie na ziemię. Tymczasem to samo jabłko z tej samej jabłonki, tylko pomniejszone o jakąś wartość, odłączając się od drzewa – huj wie gdzie poleci.

    No więc w moim śnie miało miejsce uroczyste otwarcie uniwersytetu w Londynie, który zebrawszy wokół siebie najtęższe umysły z tej dziedziny, uznał za swoje credo  zrealizować pragnienie Einsztajna  i   znaleźć sposób, aby pogodzić obie dziedziny i uczynić z nich jedno. Ponieważ jest to niemożliwe, było jasne,że chodzi tutaj o kompromis.

    Zaraz zapisałem się na ten uniwersytet i nawet wszystkie moje manatki przytargałem do pociągu, który za kilka dni miał nas zawieść do Londynu.

    Tymczasem z Polski doszła nas taka wiadomość: na Podtarzu powstał uniwersytet, który kształci swoich studentów w duchu całkowitej nieprzystawalności obu nauk. Uniwersytet ten wyłamując się z naukowych zasad, nazywa fizykę klasyczną dobrem, a fizykę kwantową złem. Zaraz zapytałem rektora tej uczelni dlaczego nazywa fizykę kwantową złem, skoro mój laptop i komórka funkcjonują wyłącznie dzięki niej?

    Na to rektor mi dał taką odpowiedź:

  • Przeczytaj uważnie pierwsze trzy zdania Księgi Rodzaju, a będziesz wiedział.   Kurwa mać, czytałem to tyle razy! Ale kiedy tylko przeczytałem jeszcze raz, rzuciłem się pędem do kierownika pociągu, czy jest w ogóle taka możliwość, żeby zrezygnować z Londynu i zabrać swoje rzeczy. We śnie ta opcja wydawała się być jakby niemożliwa.
  • Ależ oczywiście!
  • A rzeczy mogę też zabrać?
  • Oczywiście!  -   Na szczęście pociąg jeszcze nie odjechał i chociaż wszystkie moje rzeczy mi rozkradziono, zacząłem namawiać znajomych do zmiany decyzji, bo jeszcze można ją zmienić. Oni wszyscy jednaki byli zdecydowani na Londyn,  bo  nie  mogli  uwierzyć  w  to,  że można  jeszcze  zmienić decyzję. Nikogo  więc z nich nie udało mi się przekonać. NIKOGO. 

SREBRNY DZWON 4

 

 

 

Robactwo powoli wychodzi z ziemi. Skurwysyn od Danusi z Port Street zaatakował mnie wczoraj na ulicy wołając, że: „zapierdoli mnie na policji, jeśli nie wykasuję go z sieci”. Przez jedną sekundę myślałem, że przeczytał mój blog. Ktoś mu tylko o tym doniósł, że jego namiary są opublikowane w necie. Sam, ani on, ani Danusia przecież nie potrafią czytać po polsku. A jeśli skurwysyn, tak jak zawołał, pójdzie na policję, ta prędziutko wyprowadzi go z błędu i uświadomi, że ujawnienie jego danych osobowych nastąpiło przez Zenona z naprzeciwka, a nie przeze mnie. Nawiasem mówiąc, jak tylko zlokalizuję Zenona, będzie to moja pierwsza połamana w Evesham „ośla” szczęka! Nie życzę sobie bowiem, żeby ktoś nieproszony wpierdalał się w mój buissnes.

Czekając wciąż na zapis nutowy Casablanki od Piotra, przełamuję orzechy całkiem na pół…

SREBRNY DZWON 3

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Cała ta trudność i wszystkie przeszkody, które lawinowo zaczęły piętrzyć się, gdy tylko zaświtała mi myśl, żeby zadzwonić do Alicji i umówić się na pierwszą lekcję gry na pianinie, uzmysłowiły mi oczywistą prawdę, że historia lubi się powtarzać. Zanim jednak do Reddich dotarłem i zapukałem w zaczarowane drzwi 20D, miałem zaskakującą przygodę w Bidford z księdzem tamtejszej parafii, w której czarownicą jest Angela. Przez trzy lata naszej znajomości, było dla mnie oczywiste, że ten kapłan, gdyby nawet przez pomyłkę skosztował mojego bigosu, albo na przykład żurku, czy wina, miałby tydzień czasu trwającą biegunkę z torsjami włącznie. Cóż… myliłem się. Straciłem trzy lata, ale bogaty o wiedzę, że TAK MIAŁO BYĆ, przeprosiłem się nawet ze swoimi własnymi myślami. Zaraz po Wszystkich Świętych angielski ksiądz Krzysztof, zrobił sobie tydzień wolnego. Zauważyłem, że ten dzień w Anglii jest równoważny Wielkanocy, albowiem w kościele oprócz mnie i kilkoro stałych bywalców, taki rój ludzi, że nawet dostawianych krzeseł brakuje. I zawsze po Wielkanocy i po Wszystkich Świętych, ksiądz Krzysztof salwuje się ucieczką na Karaiby, aby wypocząć po tych hałaśliwych demonstracjach wiary. Wnoszę więc stąd, że ten ksiądz preferuje kameralne klimaty i bardzo stresują go tłumy… A ja dzięki temu trafiłem znowu do Bidford. Przyszedłem na piechotę (rower u Paula) o 9 rano i nie wiem co zrobić z sobotą, bo Christofer na Karaibach, a w Bidford w sobotę msza święta „janosikowa” – bo niedzielna. Postanowiłem więc poprosić tutejszego księdza o adres kościoła w Pershor. Przyjął mnie bardzo życzliwie, zaprosił na pokoje i wręczając karteczkę z adresem, zapytał mnie o imię.

  • Krzysztof.
  • A ja Bern.

O, kurwa – tego się nie spodziewałem…

Bernard nie tylko okazał się być entuzjastą orzechów włoskich, ale skosztowawszy mojego wina, kazał sobie przynieść na plebanię całą butelkę!

Z powrotem jadę autobusem. Wcale nie zdziwiła mnie wyraźna wrogość kierowcy, za to pasażerowie ( w większości staruszkowie i inwalidzi) przywitali mnie bardzo ciepło. Zaraz jak tylko odebrałem bilet od kierowcy, kolorowa staruszka na wózku inwalidzkim, przywitała mnie tak entuzjastycznie, jakby mówiła: „Nareszcie przyszedłeś tu do nas, a czekaliśmy tyle lat!” Kiedy tylko wyzwoliłem się z czułości staruszki o włosach czerowno-zielono-niebieskich, rzuciło się na mnie dwóch innych , mimo że ogłosiłem wszystkim lojalnie, że ponieważ jest to moja pierwsza jazda piętrowym autobusem – idę na górę, gdzie notabene – pusto. Ale gdzie tam – staruszki dowlekli się za mną i dalej zasuwać po angielsku z czego niewiele rozumiałem, bo w Bidford naród ci dziki i plugawy, ale z kontekstu wywnioskowałem, że owym koneserom wycieczek autobusowych chodzi o to, że mając już swoje lata należy mi się darmowy bilet. Zaraz przypomniał mi się Tony, który hojnie korzystał z tego przywileju. A mnie od razu w głowie pojawiła się radosna myśl: będę jeździł do Londynu na moje występy uliczne nie płacąc ani grosza. Trzeba tylko iść do urzędu, aby wydali taką kartę. Natomiast wrogość kierowcy bierze się stąd, że jeżdżąc z moją przyczepą tam i wewte, daję się mocno we znaki jedynie autobusom i tirom, bo zwykłe samochody perfekcyjnie potrafią wyminąć mnie, gdy jadąc pod górkę widzę za sobą korek złożony z 33 rozjuszonych wściekłością autobusów i tirów.

  • W aptece, ponieważ mam już 60 lat, mam darmowe leki i najwyraźniej tak samo jest z autobusami. Mając każdego dnia niedzielę – będę teraz jeździć po całej Anglii.
  • No nie wiem, nie wiem – powiedział Krystian nie podzielając mojego entuzjazmu, bo musi zapierdalać w Domu Starców cztery dni w tygodniu po 12 godzin – ale idź do urzędu i zapytaj.

A w urzędzie lipa. Darmowe bilety autobusowe owszem są, ale dla ludzi po 70-siądce!

Całkiem załamany mówię Bartkowi, że ludzie w autobusie wzięli mnie za człowieka grubo po siedemdziesiątce. Głowa mnie rozbolała na samą myśl jak walka z demonami może postarzeć człowieka!

  • Twój tryb życia, odżywianie i alkohol tak cię postarza…

Nie wdając się w jałową kłótnię z Matriksem, dalej myślę swoje. Albowiem

po spotkaniu z księdzem Bernardem i radosnym odkryciu, że kompletnie wolny jest od demonów, mogę wziąć na siebie nawet opinię, że wyglądam bardziej staro niż najbardziej posunięty w latach staruszek

w Anglii – Mr,Tony Lyon! Który wreszcie nie wytrzymał presji i umarł!

Natomiast chłodne przyjęcie mojej osoby przez księdza Krzysztofa wzięło się stąd, że zanim zgodził się na rozmowę z tłumaczem, wcześniej musiał zasięgnąć opinii o mnie u księdza Marcina, co jest bardzo naturalne, bo na zdrowy rozum, po co tracić czas i pieniądze na tłumacza, żeby z księdzem porozmawiać po angielsku – skoro całkiem pod ręką jest darmowy ksiądz polski, któremu nie trzeba nic a nic tłumaczyć.

No tak, ale ksiądz Marcin po degustacji mojego bigosu, chociaż miało to miejsce trzy lata temu, musiał przesłać angielskiemu koledze przynajmniej taki sygnał: „uważaj”.

Postanowiłem więc sprawę Srebrnego Dzwonu, całkiem pomijając drogę służbową, przedstawić księdzu Bernardowi. Potrzebuję tylko inteligentnego tłumacza. Teraz pójdzie jak z płatka. Ksiądz Bernard ma na plebanii przenośne pianino i sprzęt nagłaśniający.

Tymczasem Alicja… Alicja przygotowała sobie zapis nutowy dla śpiewającego, czyli dla mnie. To całkiem tak jak w Holandii: chłop z chłopem i baba z babą – nic z tego nie będzie. Alicja obiecała, że za dwa tygodnie przygotuje zapis nutowy na pianino i wtedy już może nawet zrobimy nagranie do sieci…

PAMIĘTNIK STAREGO SUBIEKTA 24

 

 

Filip, angielski odpowiednik zusowskiego orzecznika, przyjął mnie bardzo życzliwie tracąc więcej jak kwadrans na luźną pogawędkę, co ja tu w Anglii porabiam i czy mi się podoba. Polski orzecznik już ze swojej natury jest skurwysynem, bo żaden normalny Polak nie podejmie się następujących zajęć: orzecznika, komornika i klawisza w pierdlu. Jedynie skurwysyny i psychopaci. Polski lekarz dostaje od Zus-u tyle ile stanowi jego miesięczny zarobek za każdego człowieka, któremu udowodni, że nie jest na tyle chory, żeby pobierać od państwa rentę. Jako rehabilitant kilka razy byłem wzywany do orzecznika jako ekspert, by sprawdzić prawdomówność pacjentów skarżących się na dolegliwości dyskowe. Takich wezwań było dokładnie siedem, z czego tylko jedno nie było symulowane. Tak więc jeszcze mam dodatkowych sześciu zawziętych wrogów…

Kiedy Filip przystąpił do testowania moich mięśni zaczął od czterech prostych zabiegów, które w sposób absolutny potwierdzają, że pacjent symuluje. Robił ze mną dokładnie to co robiłem ja przed laty, kiedy byłem wzywany jako ekspert. To są cztery proste ruchy podczas których gdy pojawi się ból, to w kolejnym ruchu, jeśli ból się nie pojawi i to dokładnie w tym samym zakresie kątowym jest oznaką, że pacjent blefuje.

  • Czy boli? – zapytał Filip.
  • Kurewsko!
  • A teraz?
  • Jeszcze bardziej kurewsko!
  • Jesteś pewny?
  • 100 procent.

Filip odetchnął z ulgą, bo każdy orzecznik angielski zawsze jest po stronie pacjenta, albowiem im więcej pacjentów jest na zasiłku, tym więcej zarobią funtów. Tak samo sprawy się mają z urzędnikami przyznającymi różnorakie zasiłki. Oni mają pracę tylko dzięki bezrobotnym, ciężarnym i chorym.

  • Powiedz mi teraz Krzysztofie, jak sobie radzisz z bólem barku przez trzy godziny rozłupując orzechy, aby potem zdjąć z nich skórkę i sprzedać za marne 1,5 funta?
  • Kiedy jestem mocno wkurwiony złość jest zawsze większa jak ból. Ból jest jednak tak bardzo dokuczliwy, że z dwojga złego wybieram złość. A jak tu się nie wkurwiać, kiedy za trzygodzinną pracę płacą ci polskie skurwysyny 1,5 funta?…Kiedy wypełniałeś skierowanie na tomograf, zapytałeś mnie, czy nie mam w sobie jakiegoś metalu…
  • Tak, bo jest tam bardzo wysokie pole i mając w środku metal, mógłbyś się zagotować.
  • No więc nie do końca powiedziałem prawdę…
  • Masz jakąś płytkę? – zapytał Filip sięgając odruchowo do notesu.
  • Mam serce…
  • Rozrusznik?
  • Gorzej.
  • Złącze aortalne?
  • Jeszcze gorzej.
  • A zatem?
  • Żelazo.
  • W sercu?
  • Moje całe serce jest z żelaza.

Filip znieruchomiał i przez dobrą chwilę wydawał się być człowiekiem, który właśnie rozmawia z Marsjaninem.

  • Ludzie mówią, że jestem złym człowiekiem,  bo  mam  serce  z kamienia… to  taki żart po polsku…

Filip odetchnął i klepnął się mocno po obu udach.

  • A to ci dopiero, żelazne serce… dobre!

Wyjaśniłem mu, że pisząc książkę o sobie, muszę siłą rzeczy pisać również o innych, całkiem przypadkowo napotkanych ludziach, a ponieważ moją dewizą jest pisać wyłącznie prawdę, prawie wszyscy potencjalni trzecioplanowi bohaterowie są mocno zaniepokojeni, gdyż wiodąc bardzo, bardzo niekolorowe i nudne życie polskiego robactwa rozmnażającego się w Anglii z taką gwałtownością jak żydowskie robactwo onegdaj w Egipcie, truchleją na sam mój widok.

Filip położył na stole banknot dziesięciofuntowy mówiąc:

  • Jutro przynieś trzy opakowania obranych orzechów, bo jestem pewny, że moje panie pielęgniarki będą chciały je od ciebie zamówić.

Wkładając kasę do kieszeni pomyślałem, że jakkolwiek dzisiejszy dzień zaczął się bardzo kiepsko, to kończy się całkiem  całkiem. Wyszedłem z podziemia jako stary subiekt z jednego powodu. Polskie skurwysyny widząc moje czarne od orzechów ręce przestali zamawiać nawet całkiem neutralne śliwki, bo wino jeszcze mogę zrozumieć – może być zanieczyszczone. A wczoraj widząc jak Angela spierdala z powodu pizzy – całkowicie zrozumiałem te i podobne zachowania ludzi.

Ale mam kłopot, bo zalega dziesięć litrów kompotu, dziesięć litrów czerwonego barszczu i tyleż samo buraczków zasmażanych na masełku z mąką i cebulką – palce lizać!!! (Na razie nie moje|)Trzeba to ogłosić, moje drogie Księżniczki, nie tylko po to żeby się nie zmarnowało, ale że mam  od dwóch tygodni przygotowaną zalewę czarnego bzu z cukrem i już czas, żeby to przelać do baniaka z rurką. Ale baniak kosztuje 15 funtów. Filip dał mi dzisiaj dyszkę, ale to jest wszystko co mam, a kasa od Królowej we wtorek w całości pójdzie na jebany prąd. Piszę „Nokaut”, a powinienem zbierać czarny bez, bo mi zgnije na drzewach. Tak więc moje Księżniczki, ruszcie wielkopańskie dupy i upłynnijcie mi towar, choćby za pół ceny. Będzie to bonus, który w przyszłości sobie wyrównam w ten sposób: Andrzej, tato Marty, zanim wyjechał przestrzegł mnie, uważnie patrząc mi w oczy, że czarny bez ma w sobie trującą substancję, która traci swoje właściwości dopiero po półgodzinnym gotowaniu.

  • Chcesz mi powiedzieć, że dałoby się tym otruć teściową? – zapytałem oblizując  wargi.
  • Jednym łykiem wina…

Postanowiłem więc z każdego baniaka czarnego bzu przegotowanych owoców uszykować inny bliźniaczy „do specjalnych poruczeń”, dodając owoców nie przegotowanych. W ten sposób, jak to zwykł mówić Ryszard Bareja w „Misiu”: „Będzie nas mniej coraz… Polaków”” A ja dopowiem  ”robactwa”

SREBRNY DZWON 2 czyli PAMIĘTNIK STAREGIO SUBIEKTA 9

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Siedzimy w mrocznej mordowni na Port Street „Biały Podpity Łabądź”. Ja mocuję się z trzecim kuflem zimnego Carlinga, a Pan Jezus świetnie udaje, że kończy swój czwarty. Zawieszona na jego szyi siostra Faustyna prawie wczepiona żarłocznymi oczami w twarz swojego Oblubieńca, nie roni ani jednego drgnienia na jego pięknym jak bajka, i jak bajka męskim obliczu. Matka Boska siedzi przy oknie i lekko zamyślona wpatruje się w powoli zamierający ruch na ulicy. Zapada letni zmrok. Mając przed sobą szklankę wody niegazowanej, wiem, że Maryja rzeczywiście wypiła kilka łyków, bo ona absolutnie nie potrafi kłamać, czy nawet udawać. Co innego z Panem Jezusem – jest przecież Bogiem i kto mu może powiedzieć: „Cóż to robisz? Dlaczego tak robisz?” Papież? Król? Prezydent Stanów Zjednoczonych? Żebrak i poeta? Nikt. Zgoła nikt. Nikt i basta! Basta! Po tym jak finezyjnie ograł Lucyfera wybierając z ziemi wszystkie swoje dzieci a Szatanowi zostawiając same ochłapy jego własnych odchodów – jestem pełen podziwu, wręcz urzeczony faktem, że diabeł aż dotąd szczycił się na przykład tym, że zwiódł i pochwycił w piekielne odmęty pierwszego z brzegu takiego sobie biskupa Życińskiego… Ponieważ jednak już wie, należy oczekiwać, że już niebawem w piekielnej furii zacznie odkrywać swoją twarz. I wtedy każdy skurwysyn przekona się, że jest skurwysynem wcale nie dlatego, że go tak nazwałem, ale dlatego, że jest potomstwem Szatana zrodzonym przez niego i wrzuconym w zawirowanie ziemi tylko po to, by zamydlić Bogu oczy i łatwiej pochwycić wybranych. Powtórzył rzecz całą w Hiszpanii nie tak dawno temu, kiedy kilkuset komunistycznych agentów dało się wyświęcić na księży i teraz są kardynałami na Watykanie.

  • Powiedziałeś księdzu Krzysztofowi, że skoro tylko zawiesi srebrny dzwon na Brodwayu, będę temu miejscu błogosławił? – zapytał Jezus perfekcyjnie udając, że wlewa w siebie kolejny łyk piwa.

Zwiesiłem głowę oczekując wymówek, ale siostra Faustyna uspokoiła mnie dając mi taki pozawerbalny przekaz swoimi pięknymi jak gwiazdy oczami: „Spoko!”

  • Powiedziałem przecież, że jeśli go nie zawiesi, Brdodway czeka los taki jaki spotka miasteczko Evesham – a to znaczy zniknie z powierzchni ziemi całkowicie…Swoją drogą wcale nie powiedziałeś nieprawdy. Uczyniłeś jednak zbyt mocny skrót…

Dopiłem piwo i zamawiając kolejne uświadomiłem sobie, że absolutnie nie odczuwam potrzeby tłumaczenia się. Tu jest tak pięknie i baśniowo, że aż dziwię się, że tłumnie dzisiaj zgromadzeni gadatliwi Anglicy, w ogóle nie zauważają, że dziś mamy święto Trzech Króli. Pierwszym królem jest Pan Bóg, drugim Maryja a trzecim moja ukochana Faustynka. Czasami tylko jakiś wytatuowany bydlak śmignie okiem po rozbawionej twarzy Urszuli, rozbawionej faktem, że nikt nie jest zdziwiony obecnością pijanej zakonnicy i właśnie w takim miejscu.

  • Dziś są moje urodziny – powiedziałem rozpoczynając czwarta kolejkę.

Faustyna przesłała mi wdzięczny pocałunek a Pan Jezus powiedział:

  • Matka ma dla ciebie prezent

Maryja wytrącona z zamyślenia zapytała niepewnie

  • Ja?

Pan Jezus uśmiechnął się

  • Ty jesteś, Mamo, zawsze najpiękniejszym prezentem na każde urodziny…

Matka Boska wdzięcznie zwiesiła głowę.

  • Racja, całkiem zapomniałam…

A ja pomyślałem, że odkąd Maryja stała się Panią mojego serca, moje urodziny święcą się każdego dnia…

Pan Jezus westchnął.

  • Niewiele będę mógł ci pomóc. Owszem Ojca znam, znam Go nawet bardzo dobrze, ale o godzinie Sprawiedliwości wie  wyłącznie On sam. Ja, cóż…To jest tak jak z burzą. Czujesz w powietrzu ten zapach i wiesz, że zaraz nastąpi pierwszy błysk a potem zagrzmi gdzieś w oddali i dopiero za jakiś czas – ulewa. Tylko, że ten „jakiś czas” aż zacznie się dziać Sprawiedliwość, to może być jedynie tydzień, a może nawet trzy dni…
  • Myślę, że wtedy będę na tyle bogaty, że stać mnie będzie na drogi bilet lotniczy do Polski…
  • A co wtedy z Inką? Zostawisz ją tak? A co z innymi?

Sytuacja jest kompletnie patowa. Gdybym nawet chodził od domu do domu przestrzegając o zbliżającej się za trzy dni zagładzie – nikt mi nie uwierzy!

  • Porwę Inkę! – wykrzyknąłem uradowany.
  • Porwiesz dziewczynkę, całkiem niezły pomysł… ale nie porwiesz przecież

wszystkich, którzy nie powinni być w tym miejscu.

  • Kiedyś napisałeś, że gdy wszystko się zacznie – powiedziała Maryja z lekkim ożywieniem – wystarczy zasłonić okna, zabarykadować drzwi, zapalić świeczkę, mieć przy sobie krzyż i zamknąć oczy i nikogo nie wpuszczać do środka choćby nie wiem co.
  • Napisałem, tak i powiedziałem, ale kto w to uwierzył?

Matka Boska zwiesił głowę.

  • Racja…
  • Nawet – powiedział Jezus w lekkim zamyśleniu – już jak ktoś ma ten krzyż i zasłoni okna, a nawet zabarykaduje drzwi, to czy ich nie otworzy, gdy usłyszy na zewnątrz głos swojego dziecka, albo matki, albo żony czy przyjaciela?
  • Otworzy, na sto procent otworzy – Maryja odstawiła pusta butelkę i powiedziała krótko – Nic tutaj już nie da się zrobić. To było jakby hasło, by zbierać się do wyjścia. Już na ulicy, kiedy przechodziliśmy obok nieczynnej odkąd tu jestem knajpy bezskutecznie remontowanej, Pan Jezus zatrzymał się w tym miejscu i westchnął raczej niż powiedział’
  • Więc tutaj właśnie mieszkałeś z Bartkiem?
  • Kilka tygodni…
  • Całe wakacje – uściślił Pan Bóg – Myślę – powiedział po chwili – że księdza Krzysztofa ogramy w ten sposób: kiedy tylko powiem ci, że zaraz się zacznie, wykupisz tyle biletów lotniczych ile trzeba i powiesz mu że z pieniędzy, które uzbierałeś na srebrny dzwon chcesz zrobić użytek taki, że organizujesz pielgrzymkę do Medjugoria. Ja pieniądze ci dam, a ksiądz Krzysztof zgodzi się, bo on lubi pielgrzymki.
  • No tak, zgodzi się, ale pod warunkiem, że do Arki wejdą wszystkie jego Czarownice i Janosiki!
  • Daj spokój, o tym żeśmy już rozmawiali i rzecz całą uważam za zamkniętą… zresztą tak po prawdzie cała pielgrzymka nie powinna liczyć więcej jak sześć, siedem osób…

Podrapałem się po głowie i nie mogłem nic więcej powiedzieć.

A na dokładkę, całkiem księdzu Krzysztofowi nie powiedziałem skąd u mnie ta alergia na Arabów. Otóż, kilka lat temu dowiedziałem się w jakich okolicznościach pojawił się Islam. Archanioł Gabriel ukazał się Mahometowi i podyktował mu z grubsza kanony nowej wiary. Były one bardzo zbieżne z katolicyzmem i sam Mahomet dziwił się początkowo po co komu ta nowa religia, skoro jest jakby kopią już istniejącej, ale kazali pisać to pisał. Po długim czasie przebywania sam na sam z aniołem, Mahomet zauważył, że przebywanie z aniołem prowadziło jego dusze do ekstazy, natomiast godziny bez aniołą stawały się bolesną udręką pustki. Kiedy Lucyfer ukrywający się pod postacią Gabriela uznał, że prorok jest schwytany – odkrył karty oświadczając, że islam jest tworzony po to, żeby zadusić chrześcijaństwo, z tym, że ma to być utrzymane w głębokiej tajemnicy. Odtąd koran ma dwie twarze: oficjalną i prawdziwą, głęboko ukrytą. Ta wiedza doprowadziła mnie aż na skraj nienawiści, z której to jednak zostałem cudownie uleczony dziewięć miesięcy temu.

Moja rozmowa z angielskim księdzem pozbawiona tych zasadniczych treści wydawała by się bezsensowna. A jednak zapraszam, zwłaszcza was, drogie Księżniczki, na naszą wyspę, którą są wpisy dokonywane na opowiadaniu anglojęzycznym „Rogów” Potraktujcie to jako szkolenie bojowe w czekającej nas walce. Jest tam zapis tej naszej rozmowy na plebanii.

 

DOSTAŁEM DZIŚ NA URODZINY PREZENT: BARDZO BARDZO ZAKOTWICZONY W TEMACIE SREBRNEGO DZWONU. KTÓRA Z WAS ZGADNIE:  MOJA NAGRODA TRADYCYJNE 333 FUNTY.

 

Właśnie z tego powodu wklejam to opowiadanie jeszcze przed północą, czyli we wigilię 13 sierpnia!

SREBRNY DZWON JEDEN I TRZY CZWARTE 2

 

 

 

 

 

Mój słodki Jezu, czy naprawdę chcesz, abym poszedł do tego księdza i opowiedział właśnie TEN sen?

  • Tak.
  • Ale to jest angielski ksiądz.
  • Jest angielski.
  • I robi sobie wolne zaraz po Wielkanocy…
  • Niekoniecznie zaraz wolne, ale po Wielkanocy, tak.
  • Rozdzielając komunię wraca się po część konsekrowanej Hostii, aby dać Ją tej czarownicy…
  • Niestety, tak robi…
  • Stety -niestety, on tego nie zrozumie.
  • Ja o tym decyduję, czy ktoś zrozumie twój sen. Jestem wszakże Bogiem.
  • Ale on pozwala, żeby ludzie salutowali Ci do pustej głowy!

Pan Jezus uśmiechnął się i nic nie odpowiedział.

Tutaj należy się wyjaśnienie. Ustawiając się w kolejce do komunii świętej robię tak, żeby być ostatnim wyłącznie dlatego, żeby oszczędzić księdzu wędrówki z miejsca gdzie stoi do klęcznika, gdzie zaraz uklęknę. Zawsze jednak jest tak, że człowiek idący przede mną, czyli ten przedostatni, po otrzymaniu komunii włazi w miejsce mojego klęcznika i robi uroczyste dygnięcie pustą głową do pustego tabernakulum przez co sprawia, że ksiądz musi dobrą chwilę poczekać jak ja uklęknę. Chodzi mi o to, żeby nie musiał czekać, bo CZAS TO PIENIĄDZ, a ja mam ich jeszcze tak katastrofalnie mało! Takie właśnie zachowanie tych przedostatnich, czyli ukłon przed pustym tabernakulum, świadczy o całkowitym braku wiary w obecność Pana Jezusa w opłatku,który się zjadło. I ksiądz powinien na to zareagować. Świadczy to również o arogancji jaką okazał  Karol Wojtyła, kiedy poświęcając Rosję Niepokalanemu Sercu Maryi rozpoczął rzecz całą buńczucznymi słowami: „Ja Papież, syn Soboru Watykańskiego II…, świadczy to również o głupocie nie tylko tego przedostatniego, co salutuje do pustej głowy, ale niestety, jak powiedziałem o arogancji i bezczelnej zuchwałości naszego rodaka, któremu tak wiele zawdzięczamy i który jest już w niebie ale dopiero po, co prawda krótkim, ale niezmiernie wybuchowym Czyśćcu. A po co to komu było potrzebne? Od grzebyczka do rzemyczka….Sobór Watykański II powinien być przez historję nazwany Sabatem Czarownic. I tak będzie.

Pan Jezus uśmiechnął się drugi raz.

  •  Sobór w rzeczy samej nie był satanistyczny, to natomiast co się wykluło w jego łonie – tak… a salutowanie jak mówisz do pustej głowy nie jest takie całkowicie bezsensowne, bo Ja w tabernakulum w tym czasie również jestem.
  • Jesteś Bogiem, więc jesteś wszędzie, chodzi mi nie o kulturę i dobre wychowanie, chodzi mi o WIARĘ.

Pan Jezus westchnął.

  • Idź do tego księdza.

Poszedłem.

Od czasu, gdy Pan Bóg powiedział „Idź do tego księdza” do momentu kiedy to uczyniłem, minęło dziewięć miesięcy. Nomen omen! Oto skąd ta zwłoka:

Korona Brytyjska postanowiła raz na zawsze zakończyć problem pod tytułem: rajczykowski56.blog.pl. I zrobiła to tak chytrze i tak przebiegle, że sam musiałem jej pogratulować. Po sześciu miesiącach bezrobotnego zaprzestano mi przesyłać pieniądze z tytułu zasiłku, a nawet mięli czelność pochwalić się tym na piśmie.

Będąc na zasiłku dla bezrobotnych miałem również zwolnienie lekarskie w którym urocza doktor Harmen napisała wyraźnie: NIEZDOLNY DO ŻADNEJ PRACY. Taki dokument był mi potrzebny, gdy musiałem co dwa tygodnie udowadniać Koronie , że aktywnie poszukuję zajęcia. Od kiedy miałem ten papierek na pytanie urzędniczki w jaki sposób szukałem pracy, odpowiadałem: nie szukałem bo leżałem w łóżku z powodu choroby. Jednak po sześciu miesiącach zostałem wezwany na specjalne spotkanie i to o godzinie trzeciej, od którego zależało, czy przedłużą mi zasiłek czy nie. Na spotkaniu postawiono mi następujące pytania: czy szukam pracy, czy starałem się uczestniczyć w jakiś kursach szkoleniowych, które na zasiłku są darmowe i czy jestem Polakiem. Ponieważ tylko ostatnie pytanie było na TAK, ośmielam się twierdzić, że decyzja o nie przedłużeniu mi zasiłku dla bezrobotnych była zjadliwie rasistowska. Dopiero po dwóch tygodniach jak przestali mi płacić pojawił się list, że nie przedłużą mi zasiłku z dwóch powodów. Powód pierwszy, że nie szukam pracy, powód drugi, że nie dokształcam się. Bardzo ciekawe, że chytrze pominęli powód trzeci i to ten jedyny, że jestem Polakiem. List ten dostałem dokładnie we wtorek, kiedy powinna wpłynąć kasa, bo się jeszcze łudziłem, że przez to wypytywanie w urzędzie o trzeciej godzinie coś się pozmieniało i teraz przyjdzie wyrównanie. Najpierw list. Widzę że z urzędu. Zanim otworzyłem, myślę sobie „penie przepraszają, że dwa tygodnie nie płacili i teraz będzie nadpłata”. Wiedziony ciekawością jaką kwotą tym razem zasiliła mnie Królowa wchodzę na moje konto w komórce, bo najszybciej. Pierwszy cios nie był nokautujący: na koncie było jak zwykle sześć pensów. Wtedy pomyślałem. W Anglii jest tak, że najpierw list, potem kasa. Otwieram list i ten cios to już był nokaut. Wielu z was, którzy mnie nienawidzą zacierają teraz ręce: jestem bez pieniędzy, bez zapasów żywnościowych i ultimatum Bartka: w piątek kasa za mieszkanie i to 480 funtów, bo z prądem i wodą, albo good by Winetu!

A gwóźdź do trumny wbił mi nie kto inny, jak Pan Jezus, który powiedział: „Odpocznij w Mojej promiennej obecności”

Idę z listem do urzędu. Uświadomiono mnie, że nie przedłużono zasiłku z powodu braku aktywności z mojej strony.

  • Przecież jestem chory!

Kobieta popatrzyła na mnie znad okularów.

  • W takim razie proszę złożyć podanie o zasiłek chorobowy.

Dostałem numer telefonu z informacją, że ten zasiłek można dostać wyłącznie drogą telefoniczną. Ja, mój angielski i droga telefoniczna! Krystian mi mówi: „Idź do Citizenu”. Poszedłem. Był poniedziałek. Anglik szczupły, spokojny i uprzejmy.

Kiedy w Anglii dzwoni się w sprawie urzędowej, zawsze najpierw jest rozmowa z katarynką: jeśli jesteś trzeźwy naciśnij 1, jeśli jesteś głodny, naciśnij dwa, a jeśli wypiłeś zadzwoń jak tylko wytrzeźwiejesz: MIŁEGO DNIA.

Anglik uśmiechnął się smutno i z cierpliwością słonia wsłuchiwał się w te ptasie pogaduszki. Po każdym ciągu naciskanych numerów, który trwa tyle co jedna zdrowaśka, w telefonie wybrzmiewają „Cztery pory roku” Vivaldiego.

Kiedy odmówiłem cały różaniec, Anglik nagle podskoczył.

STAŁO SIĘ. JEDZIEMY DO RAJU.

Dokładnie godzinę i czterdzieści minut trwało to dociekliwe wypytywanie. Gość z Wolverhampton dowiedział się o mnie wszystkiego. I chyba jedynie przez zapomnienie nie zapytał o rozmiar członka.

Na koniec zapytałem Anglika jak ma na imię. Piotr. Zapytałem czy lubi wino. Odpowiedział, że nie. Zapytałem czy lubi truskawki. Odpowiedział, że nie. C hciałem przynieść mu wino, albo truskawki, bo chciałem mu się jakoś odwdzięczyć. A czereśnie? Nie. To może zupę buraczaną, żurek albo rosół z kury? Nie. A samego kurczaka? Nie. Nawet upieczonego? Nie.

Podziękowałem uprzejmie za ten dwugodzinny maraton i zapytałem niepewnie jaki może być efekt tej rozmowy i kiedy dowiem się czy zasiłek mi przyznają.

  • Dwa tygodnie a ponieważ masz zaświadczenie lekarskie, że chorujesz już od czterech miesięcy – możesz spać spokojnie.
  • Ale teraz ja nie mam nic pieniędzy.

Piotr popatrzył na mnie zasmucony a potem powiedział z lekkim wahaniem:

  • Przyjdź za dwie godziny.

Wychodząc z urzędu byłem niezmiernie ciekaw co się może wydarzyć za te dwie godziny? Jedna z myśli była taka, że Anglik za dwie godziny włoży mi do ręki dwudziesto funtowy banknot. I od razu przyszła mi do głowy zimna Warka. Chciał nie chciał, przez te dwie godziny w moich myślach królował Piotr. Ciekawe czy lubi dobrze wypieczony befsztyk, albo kapustę z grochem i grzybami, albo chociażby chleb ze smalcem i ze skwarkami. A śledzia z suchymi ziemniakami na Środę Popielcową? Woli góry, albo morze. Rower, narty, a czy lubi serfować?

Minęło dwie godziny i wchodzę do urzędu.

O, kurwa! Zapomniałem zapytać go o seks.

Patrzę na Anglika, który grzebie coś w dolnej szufladzie z wypiętym zadkiem.

A może to nawet lepiej – pomyślałem.

Piotr znalazł jakiś arkusz i mozolnie zaczął go wypełniać. Było tam pięć rubryk w różnych kolorach. Piotr zakreślił kółko w czerwonym kolorze z napisem „żywność”. Wręczył mi papier, powiedział gdzie iść i puścił do mnie oko. Wcale nie kłamię.

- Piotr, czy jesteś żonaty? – zapytałem we drzwiach.

  • Nie…

Najszybciej jak mogłem wyszedłem z Citizenu…

Wchodzę do znanego mi budynku z napisem chrześcijańskie zgromadzenie czegoś tam. Z mrocznego wnętrza wyłonił się okrągły,szczerbaty stół i trzy krzesła. Na jednym siedziała wychudzona Rumunka. Przed nią niedojedzony talerz jakiejś zupy i kilkoro brudnych, zasmuconych dzieci.

  • O, kurwa – pomyślałem – dadzą mi tylko zupę, ale dobre i to, bo pewnie te papiery obligują ich do codziennego mnie dożywiania.

To było trzecie kurwa, a zaraz będzie czwarte i piąte. Pewna dama, z pewnością Angielka ujęła mnie za rękę i prowadzi schodami na górę słodko uśmiechając się. To było właśnie to czwarte z pewną refleksją, że dzieje się tak, ponieważ głodny Polak, Rumun i Pakistańczyk mogą się ze schodów obalić. Na podłodze obszernego pomieszczenia mnóstwo białych, wypełnionych czymś reklamówek. Wśród rzędu pięciu reklamówek zobaczyłem karteczkę z moim imieniem.

  • To jest dla ciebie – powiedziała.

Biorę trzecią z rzędu reklamówkę z napisem Chris R.

  • To wszystko jest dla ciebie.

Piąte kurwa. Ledwo doczołgałem się z tym do roweru niosąc tylko cztery reklamówki, bo uprzejma Angielka pomogła mi nieść piątą. Wszystko zapakowałem na przyczepę i jadę niesiony radością jak na skrzydłach i znowu musiałem przyznać, że jak by na to nie patrzeć tylko i wyłącznie jedynie Pan Bóg ma rację. Powiedział przecież tego poranka coś w tym stylu.

Nie będę opisywał co tam w środku znalazłem. Było tam żarcia na miesiąc dla całej rodziny. I słodkie i kwaśne i pikantne i łagodne. WSZYSTKO. Nie mniej jednak patrząc na papier toaletowy w liczbie dwóch rolek, zauważyłem kompletny brak prezerwatyw. Ale pewnie w tym całym zamieszaniu gdzieś musiały wypaść po drodze. Dobra, jutro poszukam…

Minęło dwa tygodnie oczekiwania na decyzję, minęło również żarcie. Połowę tego ukradł mi Rudy, bo wszyscy wiedzą, że to złodziej i wyjątkowej rasy skurwysyn, który zostanie opisany na blogu jako drugi, bez możliwości wykupienia się za 333 albo 3333 albo nawet tysiąca funtów. Znajdzie się tam bez dwu zdań, ale wcale a to wcale nie z tego powodu.

Na koncie zaczarowane sześć pensów. Mam co prawda w innym banku 20 funtów, ale gdzieś mi się zawieruszyła czerwona karta. Nie mogę jej znaleźć. Jest tydzień przed Wielkanocą. W Citizenie inny urzędnik, ale te same „Cztery pory roku”. Po godzinie dowiedziałem się, że wysłane dwa tygodnie temu zaświadczenia lekarskie jeszcze nie dotarły, to znaczy pewnikiem zaginęły. Mamy piątek. Idę do przychodni zdrowia i okazuje się, że doktor Hamer dziś nie ma, będzie w poniedziałek.

Wracam do domu kompletnie załamany.

Przez sobotę i niedzielę żywiłem się zacierką na wodzie z solą i pieprzem. Kiedy mąka mi się skończyła smażyłem sobie na podkradzionym Bartkowi oleju suchą bułkę. Muszę przyznać, że i jedno i drugie było niezmiernie smaczne. Ale może to tylko z powodu głodu i braku perspektyw na znalezienie czegokolwiek, bo o tej porze na polach i drzewach nic jeszcze nie rosło. Kilka razy Jarosław ze „Stokrotki” dawał mi gratis przeterminowany chleb myśląc że idę karmić tym dzikie kaczki.

W poniedziałek z samego rana czekam niecierpliwie aż sklep otworzą.

  • Masz coś dla kaczek? – pytam od progu.
  • Nie – odpowiada Jarosław patrząc na mnie uważnie.
  • Będą wkurwione.
  • Co ja na to poradzę.
  • Jarek, posłuchaj mnie uważnie: będą mocno wkurwione!
  • Wcale nie boję się ptaków, albo jakiś tam kaczek…
  • To zobaczysz jak kiedyś rozdziobią ci ten twój kaczy łeb.

Wychodzę ze sklepu mocno rozdrażniony i patrząc na leniwie płynącą rzekę i białe łabędzie uświadomiłem sobie bolesna prawdę, że wkurwiony to jestem ja a nie tam jakieś kaczki i że Jarosława po prostu bezczelnie okłamałem. Kaczki po prostu sobie pływają. Nie będę jednak wracał do Stokrotki, żeby całą sytuację odkręcać, zresztą Jarosław i tak by nic z tego nie zrozumiał. A poza tym byłem dalej wkurwiony, naprawdę mocno wkurwiony. Wkurwiony i głodny! Jestem przecież Polakiem.

Jest już dziesiąta, idę do kościoła a Pan Jezus już w drzwiach „Przyjdź do Mnie z pustymi dłońmi i otwartym sercem gotów przyjąć Moje obfite błogosławieństwa” A całkiem na do widzenia powiedział niezmiernie ciekawe zdanie: „Chwiejny krok człowieka, który się na Mnie opiera, nie jest przejawem braku wiary, lecz furtką do Mojej Obecności”

Pan Bóg potrafi wiele rzeczy, ale jest mistrzem świata w tym, że podczas gdy ja to właśnie opowiadanie piszę już dwie godziny, On potrafi to zamknąć w jednym jedynym zdaniu i zamiast pisać dalej może spokojnie iść sobie na ryby, albo po prostu karmić chlebem kaczki.

Za myślą, która była dla mnie olśnieniem, przyszła druga, która była grzmotem. Pierwsza myśl przyszła mi w środku Mszy Świętej: „Jest wielki tydzień, mogę przecież pościć i pięknie połączyć przyjemne z pożytecznym”.

A ta druga myśl doszła mnie już za murami kościoła. Tak samo jak okłamałem Jarosława, a Pan Bóg się wcale nie pogniewał, tak samo mogę okłamać Santander i też Pan Bóg się nie pogniewa. Powiem, że zgubiłem kartę i żeby mi wydali nową. Czeka się na to tydzień czasu, a ponieważ jest Wielkanoc, to właśnie z okazji świąt urzędniczka może uczynić wyjątek i wypłaci mi dwadzieścia funtów bezpośrednio z kasy. I to był ten grzmot. Tylko że wychodząc z banku od razu w głowie pojawiły się dwie zimne warki, a pięć kolejnych zaklepało sobie miejsce w lodówce.

Popatrzyłem w niebo. Ty Panie Boże potrafisz zakręcić! Aż do Niedzieli Przewodniej było co jeść, gorzej z piwem… Ponieważ dalej nie było decyzji w sprawie zasiłku idę do Citizenu.

Urzędniczka powiedziała, że z powodu świąt były dwa banki holidaye, takie długie weekendy po angielsku, więc stąd ta zwłoka. I żeby się wstrzymać do poniedziałku z dzwonieniem. Nie było innego wyjścia, tylko do poniedziałku nie tylko musiałem wstrzymać się z dzwonieniem, ale i jedzeniem. W poniedziałek przychodzę pół godziny wcześniej, żeby być pierwszy. Cała godzina „Cztery pory roku i homoniepewny Piotr. Wreszcie się wyjaśniło. Brakło zaświadczenia z banku o stanie mojego konta w ciągu ostatniego miesiąca. Kurwa mać, przecież wiadomo, że 6 pensów! Najważniejsze było to, że o konieczności przesłania takiego dokumentu homo niepewny Piotr wcale mi nie powiedział, kiedy wypełnialiśmy telefonicznie aplikację. Idę do banku. I coś mnie tknęło, żeby iść z dokumentem do urzędu, to jest nadzieja, że puszczą to faksem. Przeczucie było dobre – wysłali bez ociągania. Gdybym wysłał list pocztą najwcześniej za pięć dni miałbym szanse na pieniądze, a tak, mogą być już nawet pojutrze.

Czekam cały tydzień i dupa blada. Idę do urzędu, żeby sprawdzili czy fakx mają nie zepsuty. Faks mięli dobry, ale brakuje zaświadczenia o niezdolności do pracy między 13 marcem a marcem czternastym. Anglicy potrafią swoją flegmą i głupotą rozjuszyć człowieka. Zanim pozwoliłem dac ponieść suię emocjom, postanowiłem zajrzeć do Santandera na moje konto w komórce, bo czasami ktoś wpłaca 7 funtów i zostawia swojego maila, żeby mu przesłać książkę drogą elektroniczną.

Dziś nie będę już rozjuszony: na moim koncie równiutkie 20 funtów! Okazało się, że kasjerka wypłacając mi tydzień temu kasę, zapomniała zapisać tę transakcję.

  • Czy to jest kradzież? – zapytałem Pana Jezusa
  • Weź przestań – upomniał mnie surowo. Okraść Żydów i lichwiarzy to jedynie dobry uczynek. Grzechem śmiertelnym jest natomiast kradzież kromki chleba ubogiemu bratu lub siostrze, wiesz przecież.Na tych dwudziestu funtach doczołgałem się do pamiętnego dnia, gdy na moim koncie pojawiło się 777 funtów (z nadpłatą za trzy miesiące, a potem podobna kwota z tytułu zasiłku mieszkaniowego. Panie i Panowie – wracam do gry. Właśnie ubezpieczyłem moje kości w razie połamania na 33 tysiące funtów. Tak więc, jestem przygotowany na atak skurwysynów po 13 sierpnia perfekcyjnie. Tak więc łamiąc moje kości wspierasz mój budżet i sprawiasz, że jestem zdrowszy, ponieważ w procesie gojenia się połamanych kości całe wapno z organizmu przechodzi do kontuzjowanych części , a zatem cały cholesterol znika z tętnic. 

SREBRNY DZWON JEDEN I TRZY CZWARTE

 

 

 

Właśnie wybierałem się po towar na farmę, ale w lewym kole przyczepy mało powietrza, a ponieważ miałem w planie cały worek ziemniaków i bobu, postanowiłem poprosić Paula ze sklepu rowerowego, żeby mi dopompował.

Zawsze uśmiechnięty Anglik zabiera się za robotę i gdy skończył, sprawdza prawe koło.

- Nie trzeba, ono jest w porządku…

- Ale, tak na wszelki wypadek.

Miałem złe przeczucie i rzeczywiście nie dojechałem do kościoła koło Lidla, jak dętka z hukiem pękła. Jeszcze miałem słabą nadzieję, że strzela do mnie snajper wynajęty przez Damiana. Ale to była niestety moja przyczepa.

Zawiozłem mu ją z powrotem nie czyniąc wyrzutu, że stało się to przez jego nadgorliwość.

Ponieważ zbliża się nieuchronnie 13 sierpień, demony nie mogąc już atakować mnie bezpośrednio, robią to używając głupotę innych ludzi. I robią to bardzo skutecznie.

Tak było również z Simonem z Brodwayu. Zaledwie w trzecią sobotę moich występów przed mikrofonem na ulicy, kiedy wszystko rozwijało się dynamicznie, dostałem nieoczekiwany zakaz śpiewania w tym miejscu. Simon był bardzo zakłopotany tłumacząc mi, że jego szef, właściciel sklepu wrócił z urlopu i stanowczo zakazał mu udostępniać mi sprzętu nagłaśniającego i śpiewać piosenki przed sklepem.

- Dobrze – mówię – załatwię sobie jakiegoś spikera, tylko daj mi się podłączyć do kontaktu.

- Nie, to wykluczone, w ogóle nie możesz śpiewać w tym miejscu, inaczej powiedział, że mnie wypierdoli.

- A tutaj obok mogę? – wskazałem mu sąsiedni sklep z warzywami.

Simon pokręcił głową.

- Nie możesz, gdyby sklep był zamknięty, to tak… tam, jakieś dwadzieścia metrów dalej jest nieczynny bank, ale musiałbyś mieć spikera na baterię, bo tam nie ma się jak podłączyć.

- Dobra, coś pomyślimy… Simon, co to jest za gość ten właściciel i dlaczego przeszkadza mu, że tutaj śpiewam?

Simon uśmiechnął się.

- Ma sieć takich sklepów w całym świecie i to w najdroższych miejscach: Nowy Jork, Londyn, Paryż… ale zanim stał się tak cholernie bogaty, podobnie jak ty, śpiewał na Londyńskich ulicach używając tego jebanego zestawu…

Zrozumiałem doskonale i nie będę drążył tematu. Skurwysyn – pomyślałem.

- Chris – zagadnął Simon lekko uśmiechając się – ten cholernie bogaty człowiek dał mi do zrozumienia, że jeśli wyjaśnisz mu o co chodzi w tej historii ze srebrnym dzwonem, to może zmienić zdanie…on jest naprawdę cholernie bogaty.

Popatrzyłem na Simona i teraz ja się uśmiechnąłem.

- Kiedy ja będę cholernie bogaty, wykupię wszystkie jego sklepy i puszczę go z torbami. To jest Anglik, czy jakiś pierdolony Arab?

- Portorykańczyk.

- Wrócę tu, jak tylko zdobędę sprzęt na baterię i kogoś do pomocy, bo domyślam się, że na ciebie nie mogę już liczyć?

Simon rozłożył ręce, a to znaczyło krótkie: nie.

Zbliża się pierwsza, więc odbieram przyczepę z serwisu i dalej będzie tak, jak tego dnia miało być. A to opowiadanie wklejam wyłącznie dlatego, bo jestem mocno wkurwiony na Paula, Simona i jego szefa. Teraz jakby gniew nieoco zelżał…

Apel do moich wszystkich Księżniczek: bądźcie ostrożne i czujne i jeśli nie ma takiej konieczności, nie zbliżajcie się do skurwysynów z Matrixa. Szczegółowo rzecz wyłożę na naszej wyspie.

SREBRNY DZWON 1,5

 

 

Jak wiecie, kochane moje Aniołki wyzwolone z Matrixa,  kobiety dzielą się na Księżniczki i zwykłe kurewki. Te zwykłe kurewki mogą przestać nimi być jeśli z grubsza rzecz biorąc,  zdecydują się uznać przepisy dekalogu za obowiązujące również w ich życiu. Tak samo jest z mężczyznami. Tak więc każdy skurwysyn, nawet ten, który zaatakował mnie przed „Europą”, może przestać nim być raz na zawsze, jeśli tylko, no właśnie…(dalej obowiązuje ich embargo na kino) Jednym z takich angielskich skurwysynów, który bardzo poważnie rozważa możliwość przekroczenia niebieskiej cienkiej linii, jest właściciel sklepu wędkarskiego na High Street, tuż za kościołem. Poznaliśmy się trzy lata temu, kiedy również właśnie byłem bez grosza, bez pracy, ale za to jeździłem rowerem podarowanym mi przez Tonego. Jadę sobie do kościoła i tam gdzie zwykle przypinam rower do metalowego prętu ogrodzenia widzę taką scenę: zażywny jegomość po czterdziestce zapamiętale dusi młodego człowieka, któremu już gałki oczne wypadają z oczodołów. Niewiele myśląc całym impetem wjechałem przednim kołem dokładnie pomiędzy rozkraczone nogi dusiciela. Ten z przerażeniem w oczach złapał się za jądra prawą ręką, tymczasem lewa ześliznęła mu się z szyi młodzieńca i kurczowo zacisnęła na jego nadgarstku.

  • Puść go! – powiedziałem całkiem po angielsku. - I wtedy nagle poczułem na swoim ramieniu kobiecą dłoń.
  • Przepraszam bardzo, ale to jest mój mąż, jesteśmy właścicielami tego sklepu, a ten młody człowiek ukradł nam bardzo cenną rzecz.
  • W takim razie nie przeszkadzam – powiedziałem – może w czymś pomóc​?
  • Nie, poradzimy sobie – odrzekł krótko właściciel sklepu. Poczekał cierpliwie, aż przypnę rower i dalej wziął się dusić złodzieja na nowo. Ponieważ przypadki zdarzają się jedynie w Matriksie, do końca tego dnia i przez cały następny przemyśliwałem jakie znaczenie może się ukrywać wtym wydarzeniu. I okazało się co następuje: niewinnemu człowiekowi zadałem ranę.  A więc grozi mi powrót do Matrixa. Jak z tego wybrnąć? Postanowiłem odwiedzić sklep za kościołem na trzeci dzień i ofiarować właścicielowi butelkę wina śliwkowego, a jego żonie śliwki w czekoladzie mojego pomysłu. Byłoby to coś w rodzaju rekompensaty.
  • Przepraszam – mówię w drzwiach – ale chyba stłukłem ci jadra…, gdybym wiedział, że dusisz złodzieja, pokazałbym ci lepszy sposób eliminowania robactwa…
  • Nie ma sprawy, jasne, skąd mógłbyś wiedzieć, że to złodziej…
  • Czy odzyskałeś to co ci ukradł?
  • Taki mały kołowrotek, który zmieści się w kieszeni, ale jest wart siedemdziesiąt funtów.
  • To wino – powiedziałem kładąc butelkę na ladzie – warte jest  7 funtów, ale w ramach zadośćuczynienia masz je gratis a to czekoladki dla żony.
  • Nie, nie, nie, nie mogę tego przyjąć, przecież to co zrobiłeś, to nie było przeciw mnie!
  • A jednak – byłem nieustępliwy – jestem przekonany, że po wypiciu tego wina szybciej minie ból i obrzęk z twojego krocza. Tu Anglik przyjął dar i chwytając butelkę w ogromną, mięsistą dłoń podpowiedział mi następujące pytanie:
  • Jestem na bezrobociu i rozdając okolicznym farmerom moje wina otrzymuję od nich za darmo bardzo świeże owoce i warzywa. Potem je sprzedaję. Moja cena jest niższa niż w Lidlu i  gdybyś był zainteresowany, zadzwoń i złóż zamówienie. Oto moja wizytówka. Minął dzień, tydzień a potem cały miesiąc, a od rybaka dalej nie ma telefonu. Zgubił wizytówkę, pomyślałem i wchodzę do sklepu obładowany rozmaitymi produktami. W sklepie tylko żona.
  • Czy mnie poznajesz ?– zapytałem.
  • Jakżeby nie? – powiedziała z uśmiechem.
  • Czy smakowały czekoladki?
  • Tak, bardzo!
  • A jak szanowny małżonek widzi moje wino? – Kobieta mocno zmieszała się.
  • Mój mąż w ogóle wina nie pija, ja zresztą też….
  • A to może zamówisz jakiś towar?
  • Tak, a co masz? – Rozłożyłem na ladzie cukinię, kalafior, białą i czerwoną kapustę, szczypiorek, avokado i kapustę pekińską.
  • Ile? – zapytała krótko.
  • Ale za co?
  • Wszystko, wyglądają na bardzo świeże.

O, kurwa…raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem. Takie warzywa idą w sklepach po funcie, a jeśliby wszystko przeciąć na pół, daje to trzy funty pięćdziesiąt. 

  • To cię kosztuje cztery funty pięćdziesiąt pensów.
  • Doprawdy? A to mogę zamówić jeszcze marchewkę i pietruszkę oraz ziemniaki?
  • Oczywiście – powiedziałem wkładając funty do kieszeni – będę z towarem za dwie godziny. – I tak od tej pory, w każdy poniedziałek żona rybaka składa zamówienie, które stanowi moje utrzymanie na cały tydzień.I wydawałoby się, że jest wszystko w porządku. Nie jest.Nawet zapracowane polskie robactwo, którego szyldem jest liniowy z Downa nie zalalazło mi tak za skórę, jak rybak i jego żona.Każdego poniedziałku przynoszę im towar wartości siedmiu, ośmiu funtów i jako bonus dla stałego klienta, zawsze coś zostawiam. Dostali już wszystko. Począwszy od chrzanu i ćwikły, skończywszy na rosole, bigosie i gołąbkach zawiniętych w liście kapusty kiszonej. Przez długie  trzy lata na pytanie czy smakowało – solidarnie kiwają głowami mając wszakże w oczach lekki przestrach.
  • To w takim razie, czy chcecie tego więcej? – pytałem. No więc zawsze odpowiadali wymijająco, aż w końcu powiedzieli prawdę. Oto córka prowadzi restaurację w Londynie i oni mają już dość nawet jaskółczych udek. Natomiast co się tyczy owoców, to rośnie to u nich wszystko w sadzie i to bez grama chemii.Zrozumiałem, ale ponieważ wina wychlali mi Bzyku, Kogut i cała ta ferajna, teraz za towar muszę farmerom płacić. Tak więc z siedmiu funtów tak naprawdę mam tylko cztery. Gdyby natomiast rybak, żona i córka rybaka znaleźli upodobanie na przykład w kompocie truskawkowym, to na siedem zarobionych funtów zostaje mi w kieszeni osiem, bo tak wymierzam towar, że na pytanie ile się należy, mówiąc dziewięć funtów, dwadzieścia pensów, dostaję całą dyszkę i wiadoma sprawa RESZTY NIE TRZEBA.Dzisiaj jednak, za przyczyną Ani stał się CUD.I to prawdziwy! Ryba chwyciła haczyk. Wczoraj, przy niedzieli mieliśmy z żoną rybaka miłą pogawędkę o  pogodzie, jak to w Anglii i tak zupełnie mimochodem wręczyłem jej kawałek tortu.
  • Jaki piękny! (użyła słowa, które na polski znaczy „kochany”), skąd go masz?
  • A mam… a pogoda jest do dupy,  za gorąco! – I wyszedłem ze sklepu mocniej niż zwykle wkurwiony, bo zaraz sobie pomyślałem,że ta londyńska kurwa z ptasim móżdżkiem, czy też udkiem, ma jakieś pierdolone francuskie torty za tysiąc dolarów i znowu mnie przebije. Miałem nawet w tym celu zamiar jechać do Londynu i osobiście kurwie popatrzeć w oczy.

Wracam się jeszcze przed zamknięciem sklepu i pytam, czy smakowało.

Nie muszę czekać na odpowiedź, bo widzę to z zakłopotanego wyrazu twarzy.

  • Dzisiaj było bizi i jeszcze nie próbowałam. – Pewnie już dawno jest w koszu, pomyślałem.To było wczoraj, a dziś?
  • Ile kosztuje taki jeden kawałek? – zapytała ożywiona.
  • Dwa i pół funta, a jeśli weźmiesz dwa kawałki to płacisz cztery funty…
  • Dwa! – zawołał rybak.
  • Wracam za piętnaście minut… zostały mi jeszcze cztery…
  • Przynieś cztery! – zawołali jak zgodne i nareszcie zaczynające żyć po Bożemu małżeństwo.

SREBRNY DZWON 1

 

SREBRNY DZWON

 

 

Wczoraj z Księżniczką przegadaliśmy całą noc i o czwartej wyjechałem w trasę po truskawki i czereśnie. Wracam z towarem wartości dziesięciu funtów i zabieram się za pizzę. W międzyczasie, gdy ciasto do pizzy rośnie, obieram warzywa do zupy pod tytułem  „barszcz czerwony”. Zamiast fasoli dodaję bobu. Efekt jest zajebisty, ale warzywo musi być młode. Wywar buraczany uzyskuję zalewając wodą piętnaście dużych buraków, razem z liśćmi i w towarzystwie przypraw. Gotuję nie więcej jak 20 minut i zostawiam wszystko na noc. Na drugi dzień, czyli dzisiaj, wyciągam buraki i trę je na grubej tarce a następnie mieszam z chrzanem, który już ma w sobie cytrynę i cukier. Wychodzi mi z tego dziewięć słoików ćwikły, które sprzedaję Anglikom po 2 i pół funta. Wywarem (bardzo czerwony) zalewam w jednym garnku bób, w drugim ziemniaki, w trzecim warzywa, w czwartym bekon. Gotową zupę umieszczam w siedmiu małych słoiczkach i czterech litrowych. Gotową pizzę zawożę Anglikowi ze sklepu rowerowego na Porte Street, a drugą na pniu kupuje Krystian. Zabierając do przyczepy siedem małych słoiczków jadę na Brodway. Simon, sympatyczny młody Anglik handlujący dziełami sztuki i obrazami (najtańszy obraz kosztuje 10 tysięcy funtów) montuje mi przed sklepem zestaw głośnikowy, to znaczy mikrofon podłączony do wzmacniacza. Na oknie wystawowym Simon wiesza transparent z napisem „Zbieram na srebrny dzwon”. Śpiewam najciszej jak mogę, ale mój głos z powodu wzmacniacza niesie się na przestrzeni dobrych dwudziestu metrów. Wolałbym śpiewać normalnie, tak jak się uczyłem, ale wtedy nie wiem jak zareagowała by policja. Na razie wolę nie ryzykować, tym bardziej, że i tak za godzinę mam już pełny kapelusz funciaków. Zaczynam od „As Time Goes By” z Casablanki, a kończę piosenką z filmu Rio Bravo. Po każdej piosence Anglicy pytają o co chodzi z tym dzwonem i dlaczego ma być srebrny. Wtedy Simon zachęca ich do odwiedzenia mojego blogu na którym jest pięć opowiadań już przetłumaczonych na Angielski i że trzynastego sierpnia wyjaśnię również po angielsku o co tu chodzi. Na razie robię z tego tajemnicę w celach marketingowych, żeby wzbudzić na tyle ciekawość, żeby jak najwięcej ludzi zaczęło odwiedzać blog, bo od ilości odwiedzin zależy czy mogę liczyć na dofinansowanie z reklam. Musi być przynajmniej milion a jest zaledwie sto tysięcy. Druga grzeczność ze strony Simona polega na tym, że cały czas stoi przy mnie i każdemu Anglikowi, który wrzuci do kapelusza przynajmniej funta wręcza słoiczek czerwonego barszczu wyjaśniając, że koszt wyprodukowania takie zupy wynosi trzydzieści funtów i przynajmniej z tego powodu warto jest spróbować. Nie wszyscy Anglicy przyjmują, powiem nawet zaledwie jeden na pięciu. I właśnie za tę odwagę, Simon wręcza schwytanemu w pułapkę Anglikowi słoik ćwikły, panetkę truskawek, czereśni i małą butelkę wina. Zdezorientowany Anglik zabiera reklamówkę i szybko znika za węgłem. I znowu pewna ciekawa zależność: na pięciu Anglików którzy przyjęli towar, tylko jeden dzwoni następnego dnia z prośbą na przykład o zupę. Tę sprawę szczegółowo wyjaśnię 13 sierpnia. Z Polakami jest inaczej. Znają mnie na tyle, że wiedzą, że jestem wariatem i ze strachu nie tylko przyjmują słoiczek na spróbowanie, ale również kupują przy okazji jakiś inny towar. I tym ratują swoje głowy. Ale po rozmowie z Magdaleną, mając już mocne zabezpieczenie swoich tyłów, zaczynam atakować. Podchodzę do każdego napotkanego Polaka i wręczając mu panetkę truskawek, wyjaśniam, że na opakowaniu jest adres mojego blogu na którym, gdy wejdzie trzynastego sierpnia, dowie się w czym tkwi sedno pomysłu o zbieraniu pieniędzy na srebrny dzwon. Wszyscy chyba już wiedzą, oczywiście oprócz tych, którzy powinni być zainteresowani, że każdy, kto kupił u mnie towar choćby za pięćdziesiąt pensów, lub w jakikolwiek sposób pomógł mi – ma zapewnienie nietykalności razem ze swoją rodziną. Są jednak tacy, którzy nie tylko niczego nie kupili, ale nawet nie przyjęli gratisowego słoiczka na spróbowanie. Tych ludzi jest niewielu, nie więcej jak dwudziestu. Najwięcej z Primy, Czterech Aniołów z Kensa, Akchio i Downa. Wszystkie te osoby maja swoje zdjęcia w moim Iphone, znam ich nazwiska i adresy. Mam układ z satyrykiem, który do każdego epizodu narysuje karykaturę delikwenta, tak żeby nie tylko sam się rozpoznał, ale żeby wszyscy jego znajomi, a zwłaszcza rodzina miała powód do  kłopotliwych refleksji. Na przykład narzeczona Damiana, bardzo bogata Polka, czytając historyjkę o nim natychmiast zerwie zaręczyny, bo dowie się, że narzeczony w kamienicy, w której wynajmuje pokoje ma apartament z kanapami obitymi czerwoną skórą na których w każdy weekend kopuluje z małolatami i to dosłownie za puszkę piwa. Przez cały ten czas, gdy jestem a w Anglii zbierałem podobne informacje o ludziach i na każdego skurwysyna z tej dwudziestki mam innego haka.

Te epizody, będące niezbitymi dowodami ich podwójnego życia wkleję dopiero trzynastego sierpnia w opowiadaniu pod tytułem „Srebrny dzwon 2” Oni wiedzą kim są i wiedzą, że ja wiem. Dlatego często w ukryciu przed żonami wchodzą na mój blog w obawie czy racja ich stanu nie jest zagrożona. Wiedzą, że jest, ale nie wiedzą, że oskarżając mnie o zniesławienie taki Damian dowie się, że mam jedną Słowaczkę i dwie Angielki, które zgodziły się zeznać o dokonanych na nich gwałtach. Angielki przestały już być małolatami a ze Słowaczką to nie był klasyczny gwałt tylko wyraz niezadowolenia właściciela pensjonatu brakiem opłaty za pokój. Co się tyczy Angielek to one miały wtedy po piętnaście lat i nawet oddając się same sprawią, że Damian pójdzie siedzieć za seks z nieletnimi.

Dlaczego więc tak długo czekam? Na pewno nie z powodu marketingu, tylko z powodu braku czasu. Mając na karku dwadzieścia procesów sądowych, mam wycięty z życiorysu przynajmniej rok. Co z tego, że każdy proces wygram?

Dlatego posłuchajcie mnie panowie i panie, którzyście nigdy ode mnie nic nie kupili, nic nie przyjęli w prezencie ani w niczym nie pomogli, a niejednokrotnie utrudniali życie. W czasie do trzynastego sierpnia, każdy dostaje ostatnią szansę. Wpłacając na moje konto 333 funty ratuje swoje dobre imię, a ja zapomnę o sprawie. Inaczej jest z Damianem. Rozmawiając z tymi pięknymi dziewczynami byłem świadkiem ich płaczu. Kiedy piękna dziewczyna (nie musi być koniecznie młoda), płacze przez jakiegoś skórwysyna, to mój gniew uśmierzy się dopiero wtedy, kiedy zobaczę na swoim koncie kwotę 3333. Jeśli piszesz w nazwie przelewu: Bogdan Zieliński, to musisz uściślić: Bogdan z Kensa, bo jest jeszcze Bogdan z podstawówki na którego też mam haka.

Mam cichą nadzieję, że trzynastego sierpnia ukaże się opowiadanie „Srebrny dzwon 2” bez ani jednej karykatury (za każdą płace 50 funtów!), bo tak naprawdę to opowiadanie jest absolutnie pomyślane o czymś innym. Ale jak tylko się dowiecie ogarnie was zdumienie jakiego wcześniej w życiu nie doświadczyliście.