SREBRNY DZWON 2 czyli PAMIĘTNIK STAREGIO SUBIEKTA 9

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Siedzimy w mrocznej mordowni na Port Street „Biały Podpity Łabądź”. Ja mocuję się z trzecim kuflem zimnego Carlinga, a Pan Jezus świetnie udaje, że kończy swój czwarty. Zawieszona na jego szyi siostra Faustyna prawie wczepiona żarłocznymi oczami w twarz swojego Oblubieńca, nie roni ani jednego drgnienia na jego pięknym jak bajka, i jak bajka męskim obliczu. Matka Boska siedzi przy oknie i lekko zamyślona wpatruje się w powoli zamierający ruch na ulicy. Zapada letni zmrok. Mając przed sobą szklankę wody niegazowanej, wiem, że Maryja rzeczywiście wypiła kilka łyków, bo ona absolutnie nie potrafi kłamać, czy nawet udawać. Co innego z Panem Jezusem – jest przecież Bogiem i kto mu może powiedzieć: „Cóż to robisz? Dlaczego tak robisz?” Papież? Król? Prezydent Stanów Zjednoczonych? Żebrak i poeta? Nikt. Zgoła nikt. Nikt i basta! Basta! Po tym jak finezyjnie ograł Lucyfera wybierając z ziemi wszystkie swoje dzieci a Szatanowi zostawiając same ochłapy jego własnych odchodów – jestem pełen podziwu, wręcz urzeczony faktem, że diabeł aż dotąd szczycił się na przykład tym, że zwiódł i pochwycił w piekielne odmęty pierwszego z brzegu takiego sobie biskupa Życińskiego… Ponieważ jednak już wie, należy oczekiwać, że już niebawem w piekielnej furii zacznie odkrywać swoją twarz. I wtedy każdy skurwysyn przekona się, że jest skurwysynem wcale nie dlatego, że go tak nazwałem, ale dlatego, że jest potomstwem Szatana zrodzonym przez niego i wrzuconym w zawirowanie ziemi tylko po to, by zamydlić Bogu oczy i łatwiej pochwycić wybranych. Powtórzył rzecz całą w Hiszpanii nie tak dawno temu, kiedy kilkuset komunistycznych agentów dało się wyświęcić na księży i teraz są kardynałami na Watykanie.

  • Powiedziałeś księdzu Krzysztofowi, że skoro tylko zawiesi srebrny dzwon na Brodwayu, będę temu miejscu błogosławił? – zapytał Jezus perfekcyjnie udając, że wlewa w siebie kolejny łyk piwa.

Zwiesiłem głowę oczekując wymówek, ale siostra Faustyna uspokoiła mnie dając mi taki pozawerbalny przekaz swoimi pięknymi jak gwiazdy oczami: „Spoko!”

  • Powiedziałem przecież, że jeśli go nie zawiesi, Brdodway czeka los taki jaki spotka miasteczko Evesham – a to znaczy zniknie z powierzchni ziemi całkowicie…Swoją drogą wcale nie powiedziałeś nieprawdy. Uczyniłeś jednak zbyt mocny skrót…

Dopiłem piwo i zamawiając kolejne uświadomiłem sobie, że absolutnie nie odczuwam potrzeby tłumaczenia się. Tu jest tak pięknie i baśniowo, że aż dziwię się, że tłumnie dzisiaj zgromadzeni gadatliwi Anglicy, w ogóle nie zauważają, że dziś mamy święto Trzech Króli. Pierwszym królem jest Pan Bóg, drugim Maryja a trzecim moja ukochana Faustynka. Czasami tylko jakiś wytatuowany bydlak śmignie okiem po rozbawionej twarzy Urszuli, rozbawionej faktem, że nikt nie jest zdziwiony obecnością pijanej zakonnicy i właśnie w takim miejscu.

  • Dziś są moje urodziny – powiedziałem rozpoczynając czwarta kolejkę.

Faustyna przesłała mi wdzięczny pocałunek a Pan Jezus powiedział:

  • Matka ma dla ciebie prezent

Maryja wytrącona z zamyślenia zapytała niepewnie

  • Ja?

Pan Jezus uśmiechnął się

  • Ty jesteś, Mamo, zawsze najpiękniejszym prezentem na każde urodziny…

Matka Boska wdzięcznie zwiesiła głowę.

  • Racja, całkiem zapomniałam…

A ja pomyślałem, że odkąd Maryja stała się Panią mojego serca, moje urodziny święcą się każdego dnia…

Pan Jezus westchnął.

  • Niewiele będę mógł ci pomóc. Owszem Ojca znam, znam Go nawet bardzo dobrze, ale o godzinie Sprawiedliwości wie  wyłącznie On sam. Ja, cóż…To jest tak jak z burzą. Czujesz w powietrzu ten zapach i wiesz, że zaraz nastąpi pierwszy błysk a potem zagrzmi gdzieś w oddali i dopiero za jakiś czas – ulewa. Tylko, że ten „jakiś czas” aż zacznie się dziać Sprawiedliwość, to może być jedynie tydzień, a może nawet trzy dni…
  • Myślę, że wtedy będę na tyle bogaty, że stać mnie będzie na drogi bilet lotniczy do Polski…
  • A co wtedy z Inką? Zostawisz ją tak? A co z innymi?

Sytuacja jest kompletnie patowa. Gdybym nawet chodził od domu do domu przestrzegając o zbliżającej się za trzy dni zagładzie – nikt mi nie uwierzy!

  • Porwę Inkę! – wykrzyknąłem uradowany.
  • Porwiesz dziewczynkę, całkiem niezły pomysł… ale nie porwiesz przecież

wszystkich, którzy nie powinni być w tym miejscu.

  • Kiedyś napisałeś, że gdy wszystko się zacznie – powiedziała Maryja z lekkim ożywieniem – wystarczy zasłonić okna, zabarykadować drzwi, zapalić świeczkę, mieć przy sobie krzyż i zamknąć oczy i nikogo nie wpuszczać do środka choćby nie wiem co.
  • Napisałem, tak i powiedziałem, ale kto w to uwierzył?

Matka Boska zwiesił głowę.

  • Racja…
  • Nawet – powiedział Jezus w lekkim zamyśleniu – już jak ktoś ma ten krzyż i zasłoni okna, a nawet zabarykaduje drzwi, to czy ich nie otworzy, gdy usłyszy na zewnątrz głos swojego dziecka, albo matki, albo żony czy przyjaciela?
  • Otworzy, na sto procent otworzy – Maryja odstawiła pusta butelkę i powiedziała krótko – Nic tutaj już nie da się zrobić. To było jakby hasło, by zbierać się do wyjścia. Już na ulicy, kiedy przechodziliśmy obok nieczynnej odkąd tu jestem knajpy bezskutecznie remontowanej, Pan Jezus zatrzymał się w tym miejscu i westchnął raczej niż powiedział’
  • Więc tutaj właśnie mieszkałeś z Bartkiem?
  • Kilka tygodni…
  • Całe wakacje – uściślił Pan Bóg – Myślę – powiedział po chwili – że księdza Krzysztofa ogramy w ten sposób: kiedy tylko powiem ci, że zaraz się zacznie, wykupisz tyle biletów lotniczych ile trzeba i powiesz mu że z pieniędzy, które uzbierałeś na srebrny dzwon chcesz zrobić użytek taki, że organizujesz pielgrzymkę do Medjugoria. Ja pieniądze ci dam, a ksiądz Krzysztof zgodzi się, bo on lubi pielgrzymki.
  • No tak, zgodzi się, ale pod warunkiem, że do Arki wejdą wszystkie jego Czarownice i Janosiki!
  • Daj spokój, o tym żeśmy już rozmawiali i rzecz całą uważam za zamkniętą… zresztą tak po prawdzie cała pielgrzymka nie powinna liczyć więcej jak sześć, siedem osób…

Podrapałem się po głowie i nie mogłem nic więcej powiedzieć.

A na dokładkę, całkiem księdzu Krzysztofowi nie powiedziałem skąd u mnie ta alergia na Arabów. Otóż, kilka lat temu dowiedziałem się w jakich okolicznościach pojawił się Islam. Archanioł Gabriel ukazał się Mahometowi i podyktował mu z grubsza kanony nowej wiary. Były one bardzo zbieżne z katolicyzmem i sam Mahomet dziwił się początkowo po co komu ta nowa religia, skoro jest jakby kopią już istniejącej, ale kazali pisać to pisał. Po długim czasie przebywania sam na sam z aniołem, Mahomet zauważył, że przebywanie z aniołem prowadziło jego dusze do ekstazy, natomiast godziny bez aniołą stawały się bolesną udręką pustki. Kiedy Lucyfer ukrywający się pod postacią Gabriela uznał, że prorok jest schwytany – odkrył karty oświadczając, że islam jest tworzony po to, żeby zadusić chrześcijaństwo, z tym, że ma to być utrzymane w głębokiej tajemnicy. Odtąd koran ma dwie twarze: oficjalną i prawdziwą, głęboko ukrytą. Ta wiedza doprowadziła mnie aż na skraj nienawiści, z której to jednak zostałem cudownie uleczony dziewięć miesięcy temu.

Moja rozmowa z angielskim księdzem pozbawiona tych zasadniczych treści wydawała by się bezsensowna. A jednak zapraszam, zwłaszcza was, drogie Księżniczki, na naszą wyspę, którą są wpisy dokonywane na opowiadaniu anglojęzycznym „Rogów” Potraktujcie to jako szkolenie bojowe w czekającej nas walce. Jest tam zapis tej naszej rozmowy na plebanii.

 

DOSTAŁEM DZIŚ NA URODZINY PREZENT: BARDZO BARDZO ZAKOTWICZONY W TEMACIE SREBRNEGO DZWONU. KTÓRA Z WAS ZGADNIE:  MOJA NAGRODA TRADYCYJNE 333 FUNTY.

 

Właśnie z tego powodu wklejam to opowiadanie jeszcze przed północą, czyli we wigilię 13 sierpnia!

SREBRNY DZWON JEDEN I TRZY CZWARTE 2

 

 

 

 

 

Mój słodki Jezu, czy naprawdę chcesz, abym poszedł do tego księdza i opowiedział właśnie TEN sen?

  • Tak.
  • Ale to jest angielski ksiądz.
  • Jest angielski.
  • I robi sobie wolne zaraz po Wielkanocy…
  • Niekoniecznie zaraz wolne, ale po Wielkanocy, tak.
  • Rozdzielając komunię wraca się po część konsekrowanej Hostii, aby dać Ją tej czarownicy…
  • Niestety, tak robi…
  • Stety -niestety, on tego nie zrozumie.
  • Ja o tym decyduję, czy ktoś zrozumie twój sen. Jestem wszakże Bogiem.
  • Ale on pozwala, żeby ludzie salutowali Ci do pustej głowy!

Pan Jezus uśmiechnął się i nic nie odpowiedział.

Tutaj należy się wyjaśnienie. Ustawiając się w kolejce do komunii świętej robię tak, żeby być ostatnim wyłącznie dlatego, żeby oszczędzić księdzu wędrówki z miejsca gdzie stoi do klęcznika, gdzie zaraz uklęknę. Zawsze jednak jest tak, że człowiek idący przede mną, czyli ten przedostatni, po otrzymaniu komunii włazi w miejsce mojego klęcznika i robi uroczyste dygnięcie pustą głową do pustego tabernakulum przez co sprawia, że ksiądz musi dobrą chwilę poczekać jak ja uklęknę. Chodzi mi o to, żeby nie musiał czekać, bo CZAS TO PIENIĄDZ, a ja mam ich jeszcze tak katastrofalnie mało! Takie właśnie zachowanie tych przedostatnich, czyli ukłon przed pustym tabernakulum, świadczy o całkowitym braku wiary w obecność Pana Jezusa w opłatku,który się zjadło. I ksiądz powinien na to zareagować. Świadczy to również o arogancji jaką okazał  Karol Wojtyła, kiedy poświęcając Rosję Niepokalanemu Sercu Maryi rozpoczął rzecz całą buńczucznymi słowami: „Ja Papież, syn Soboru Watykańskiego II…, świadczy to również o głupocie nie tylko tego przedostatniego, co salutuje do pustej głowy, ale niestety, jak powiedziałem o arogancji i bezczelnej zuchwałości naszego rodaka, któremu tak wiele zawdzięczamy i który jest już w niebie ale dopiero po, co prawda krótkim, ale niezmiernie wybuchowym Czyśćcu. A po co to komu było potrzebne? Od grzebyczka do rzemyczka….Sobór Watykański II powinien być przez historję nazwany Sabatem Czarownic. I tak będzie.

Pan Jezus uśmiechnął się drugi raz.

  •  Sobór w rzeczy samej nie był satanistyczny, to natomiast co się wykluło w jego łonie – tak… a salutowanie jak mówisz do pustej głowy nie jest takie całkowicie bezsensowne, bo Ja w tabernakulum w tym czasie również jestem.
  • Jesteś Bogiem, więc jesteś wszędzie, chodzi mi nie o kulturę i dobre wychowanie, chodzi mi o WIARĘ.

Pan Jezus westchnął.

  • Idź do tego księdza.

Poszedłem.

Od czasu, gdy Pan Bóg powiedział „Idź do tego księdza” do momentu kiedy to uczyniłem, minęło dziewięć miesięcy. Nomen omen! Oto skąd ta zwłoka:

Korona Brytyjska postanowiła raz na zawsze zakończyć problem pod tytułem: rajczykowski56.blog.pl. I zrobiła to tak chytrze i tak przebiegle, że sam musiałem jej pogratulować. Po sześciu miesiącach bezrobotnego zaprzestano mi przesyłać pieniądze z tytułu zasiłku, a nawet mięli czelność pochwalić się tym na piśmie.

Będąc na zasiłku dla bezrobotnych miałem również zwolnienie lekarskie w którym urocza doktor Harmen napisała wyraźnie: NIEZDOLNY DO ŻADNEJ PRACY. Taki dokument był mi potrzebny, gdy musiałem co dwa tygodnie udowadniać Koronie , że aktywnie poszukuję zajęcia. Od kiedy miałem ten papierek na pytanie urzędniczki w jaki sposób szukałem pracy, odpowiadałem: nie szukałem bo leżałem w łóżku z powodu choroby. Jednak po sześciu miesiącach zostałem wezwany na specjalne spotkanie i to o godzinie trzeciej, od którego zależało, czy przedłużą mi zasiłek czy nie. Na spotkaniu postawiono mi następujące pytania: czy szukam pracy, czy starałem się uczestniczyć w jakiś kursach szkoleniowych, które na zasiłku są darmowe i czy jestem Polakiem. Ponieważ tylko ostatnie pytanie było na TAK, ośmielam się twierdzić, że decyzja o nie przedłużeniu mi zasiłku dla bezrobotnych była zjadliwie rasistowska. Dopiero po dwóch tygodniach jak przestali mi płacić pojawił się list, że nie przedłużą mi zasiłku z dwóch powodów. Powód pierwszy, że nie szukam pracy, powód drugi, że nie dokształcam się. Bardzo ciekawe, że chytrze pominęli powód trzeci i to ten jedyny, że jestem Polakiem. List ten dostałem dokładnie we wtorek, kiedy powinna wpłynąć kasa, bo się jeszcze łudziłem, że przez to wypytywanie w urzędzie o trzeciej godzinie coś się pozmieniało i teraz przyjdzie wyrównanie. Najpierw list. Widzę że z urzędu. Zanim otworzyłem, myślę sobie „penie przepraszają, że dwa tygodnie nie płacili i teraz będzie nadpłata”. Wiedziony ciekawością jaką kwotą tym razem zasiliła mnie Królowa wchodzę na moje konto w komórce, bo najszybciej. Pierwszy cios nie był nokautujący: na koncie było jak zwykle sześć pensów. Wtedy pomyślałem. W Anglii jest tak, że najpierw list, potem kasa. Otwieram list i ten cios to już był nokaut. Wielu z was, którzy mnie nienawidzą zacierają teraz ręce: jestem bez pieniędzy, bez zapasów żywnościowych i ultimatum Bartka: w piątek kasa za mieszkanie i to 480 funtów, bo z prądem i wodą, albo good by Winetu!

A gwóźdź do trumny wbił mi nie kto inny, jak Pan Jezus, który powiedział: „Odpocznij w Mojej promiennej obecności”

Idę z listem do urzędu. Uświadomiono mnie, że nie przedłużono zasiłku z powodu braku aktywności z mojej strony.

  • Przecież jestem chory!

Kobieta popatrzyła na mnie znad okularów.

  • W takim razie proszę złożyć podanie o zasiłek chorobowy.

Dostałem numer telefonu z informacją, że ten zasiłek można dostać wyłącznie drogą telefoniczną. Ja, mój angielski i droga telefoniczna! Krystian mi mówi: „Idź do Citizenu”. Poszedłem. Był poniedziałek. Anglik szczupły, spokojny i uprzejmy.

Kiedy w Anglii dzwoni się w sprawie urzędowej, zawsze najpierw jest rozmowa z katarynką: jeśli jesteś trzeźwy naciśnij 1, jeśli jesteś głodny, naciśnij dwa, a jeśli wypiłeś zadzwoń jak tylko wytrzeźwiejesz: MIŁEGO DNIA.

Anglik uśmiechnął się smutno i z cierpliwością słonia wsłuchiwał się w te ptasie pogaduszki. Po każdym ciągu naciskanych numerów, który trwa tyle co jedna zdrowaśka, w telefonie wybrzmiewają „Cztery pory roku” Vivaldiego.

Kiedy odmówiłem cały różaniec, Anglik nagle podskoczył.

STAŁO SIĘ. JEDZIEMY DO RAJU.

Dokładnie godzinę i czterdzieści minut trwało to dociekliwe wypytywanie. Gość z Wolverhampton dowiedział się o mnie wszystkiego. I chyba jedynie przez zapomnienie nie zapytał o rozmiar członka.

Na koniec zapytałem Anglika jak ma na imię. Piotr. Zapytałem czy lubi wino. Odpowiedział, że nie. Zapytałem czy lubi truskawki. Odpowiedział, że nie. C hciałem przynieść mu wino, albo truskawki, bo chciałem mu się jakoś odwdzięczyć. A czereśnie? Nie. To może zupę buraczaną, żurek albo rosół z kury? Nie. A samego kurczaka? Nie. Nawet upieczonego? Nie.

Podziękowałem uprzejmie za ten dwugodzinny maraton i zapytałem niepewnie jaki może być efekt tej rozmowy i kiedy dowiem się czy zasiłek mi przyznają.

  • Dwa tygodnie a ponieważ masz zaświadczenie lekarskie, że chorujesz już od czterech miesięcy – możesz spać spokojnie.
  • Ale teraz ja nie mam nic pieniędzy.

Piotr popatrzył na mnie zasmucony a potem powiedział z lekkim wahaniem:

  • Przyjdź za dwie godziny.

Wychodząc z urzędu byłem niezmiernie ciekaw co się może wydarzyć za te dwie godziny? Jedna z myśli była taka, że Anglik za dwie godziny włoży mi do ręki dwudziesto funtowy banknot. I od razu przyszła mi do głowy zimna Warka. Chciał nie chciał, przez te dwie godziny w moich myślach królował Piotr. Ciekawe czy lubi dobrze wypieczony befsztyk, albo kapustę z grochem i grzybami, albo chociażby chleb ze smalcem i ze skwarkami. A śledzia z suchymi ziemniakami na Środę Popielcową? Woli góry, albo morze. Rower, narty, a czy lubi serfować?

Minęło dwie godziny i wchodzę do urzędu.

O, kurwa! Zapomniałem zapytać go o seks.

Patrzę na Anglika, który grzebie coś w dolnej szufladzie z wypiętym zadkiem.

A może to nawet lepiej – pomyślałem.

Piotr znalazł jakiś arkusz i mozolnie zaczął go wypełniać. Było tam pięć rubryk w różnych kolorach. Piotr zakreślił kółko w czerwonym kolorze z napisem „żywność”. Wręczył mi papier, powiedział gdzie iść i puścił do mnie oko. Wcale nie kłamię.

- Piotr, czy jesteś żonaty? – zapytałem we drzwiach.

  • Nie…

Najszybciej jak mogłem wyszedłem z Citizenu…

Wchodzę do znanego mi budynku z napisem chrześcijańskie zgromadzenie czegoś tam. Z mrocznego wnętrza wyłonił się okrągły,szczerbaty stół i trzy krzesła. Na jednym siedziała wychudzona Rumunka. Przed nią niedojedzony talerz jakiejś zupy i kilkoro brudnych, zasmuconych dzieci.

  • O, kurwa – pomyślałem – dadzą mi tylko zupę, ale dobre i to, bo pewnie te papiery obligują ich do codziennego mnie dożywiania.

To było trzecie kurwa, a zaraz będzie czwarte i piąte. Pewna dama, z pewnością Angielka ujęła mnie za rękę i prowadzi schodami na górę słodko uśmiechając się. To było właśnie to czwarte z pewną refleksją, że dzieje się tak, ponieważ głodny Polak, Rumun i Pakistańczyk mogą się ze schodów obalić. Na podłodze obszernego pomieszczenia mnóstwo białych, wypełnionych czymś reklamówek. Wśród rzędu pięciu reklamówek zobaczyłem karteczkę z moim imieniem.

  • To jest dla ciebie – powiedziała.

Biorę trzecią z rzędu reklamówkę z napisem Chris R.

  • To wszystko jest dla ciebie.

Piąte kurwa. Ledwo doczołgałem się z tym do roweru niosąc tylko cztery reklamówki, bo uprzejma Angielka pomogła mi nieść piątą. Wszystko zapakowałem na przyczepę i jadę niesiony radością jak na skrzydłach i znowu musiałem przyznać, że jak by na to nie patrzeć tylko i wyłącznie jedynie Pan Bóg ma rację. Powiedział przecież tego poranka coś w tym stylu.

Nie będę opisywał co tam w środku znalazłem. Było tam żarcia na miesiąc dla całej rodziny. I słodkie i kwaśne i pikantne i łagodne. WSZYSTKO. Nie mniej jednak patrząc na papier toaletowy w liczbie dwóch rolek, zauważyłem kompletny brak prezerwatyw. Ale pewnie w tym całym zamieszaniu gdzieś musiały wypaść po drodze. Dobra, jutro poszukam…

Minęło dwa tygodnie oczekiwania na decyzję, minęło również żarcie. Połowę tego ukradł mi Rudy, bo wszyscy wiedzą, że to złodziej i wyjątkowej rasy skurwysyn, który zostanie opisany na blogu jako drugi, bez możliwości wykupienia się za 333 albo 3333 albo nawet tysiąca funtów. Znajdzie się tam bez dwu zdań, ale wcale a to wcale nie z tego powodu.

Na koncie zaczarowane sześć pensów. Mam co prawda w innym banku 20 funtów, ale gdzieś mi się zawieruszyła czerwona karta. Nie mogę jej znaleźć. Jest tydzień przed Wielkanocą. W Citizenie inny urzędnik, ale te same „Cztery pory roku”. Po godzinie dowiedziałem się, że wysłane dwa tygodnie temu zaświadczenia lekarskie jeszcze nie dotarły, to znaczy pewnikiem zaginęły. Mamy piątek. Idę do przychodni zdrowia i okazuje się, że doktor Hamer dziś nie ma, będzie w poniedziałek.

Wracam do domu kompletnie załamany.

Przez sobotę i niedzielę żywiłem się zacierką na wodzie z solą i pieprzem. Kiedy mąka mi się skończyła smażyłem sobie na podkradzionym Bartkowi oleju suchą bułkę. Muszę przyznać, że i jedno i drugie było niezmiernie smaczne. Ale może to tylko z powodu głodu i braku perspektyw na znalezienie czegokolwiek, bo o tej porze na polach i drzewach nic jeszcze nie rosło. Kilka razy Jarosław ze „Stokrotki” dawał mi gratis przeterminowany chleb myśląc że idę karmić tym dzikie kaczki.

W poniedziałek z samego rana czekam niecierpliwie aż sklep otworzą.

  • Masz coś dla kaczek? – pytam od progu.
  • Nie – odpowiada Jarosław patrząc na mnie uważnie.
  • Będą wkurwione.
  • Co ja na to poradzę.
  • Jarek, posłuchaj mnie uważnie: będą mocno wkurwione!
  • Wcale nie boję się ptaków, albo jakiś tam kaczek…
  • To zobaczysz jak kiedyś rozdziobią ci ten twój kaczy łeb.

Wychodzę ze sklepu mocno rozdrażniony i patrząc na leniwie płynącą rzekę i białe łabędzie uświadomiłem sobie bolesna prawdę, że wkurwiony to jestem ja a nie tam jakieś kaczki i że Jarosława po prostu bezczelnie okłamałem. Kaczki po prostu sobie pływają. Nie będę jednak wracał do Stokrotki, żeby całą sytuację odkręcać, zresztą Jarosław i tak by nic z tego nie zrozumiał. A poza tym byłem dalej wkurwiony, naprawdę mocno wkurwiony. Wkurwiony i głodny! Jestem przecież Polakiem.

Jest już dziesiąta, idę do kościoła a Pan Jezus już w drzwiach „Przyjdź do Mnie z pustymi dłońmi i otwartym sercem gotów przyjąć Moje obfite błogosławieństwa” A całkiem na do widzenia powiedział niezmiernie ciekawe zdanie: „Chwiejny krok człowieka, który się na Mnie opiera, nie jest przejawem braku wiary, lecz furtką do Mojej Obecności”

Pan Bóg potrafi wiele rzeczy, ale jest mistrzem świata w tym, że podczas gdy ja to właśnie opowiadanie piszę już dwie godziny, On potrafi to zamknąć w jednym jedynym zdaniu i zamiast pisać dalej może spokojnie iść sobie na ryby, albo po prostu karmić chlebem kaczki.

Za myślą, która była dla mnie olśnieniem, przyszła druga, która była grzmotem. Pierwsza myśl przyszła mi w środku Mszy Świętej: „Jest wielki tydzień, mogę przecież pościć i pięknie połączyć przyjemne z pożytecznym”.

A ta druga myśl doszła mnie już za murami kościoła. Tak samo jak okłamałem Jarosława, a Pan Bóg się wcale nie pogniewał, tak samo mogę okłamać Santander i też Pan Bóg się nie pogniewa. Powiem, że zgubiłem kartę i żeby mi wydali nową. Czeka się na to tydzień czasu, a ponieważ jest Wielkanoc, to właśnie z okazji świąt urzędniczka może uczynić wyjątek i wypłaci mi dwadzieścia funtów bezpośrednio z kasy. I to był ten grzmot. Tylko że wychodząc z banku od razu w głowie pojawiły się dwie zimne warki, a pięć kolejnych zaklepało sobie miejsce w lodówce.

Popatrzyłem w niebo. Ty Panie Boże potrafisz zakręcić! Aż do Niedzieli Przewodniej było co jeść, gorzej z piwem… Ponieważ dalej nie było decyzji w sprawie zasiłku idę do Citizenu.

Urzędniczka powiedziała, że z powodu świąt były dwa banki holidaye, takie długie weekendy po angielsku, więc stąd ta zwłoka. I żeby się wstrzymać do poniedziałku z dzwonieniem. Nie było innego wyjścia, tylko do poniedziałku nie tylko musiałem wstrzymać się z dzwonieniem, ale i jedzeniem. W poniedziałek przychodzę pół godziny wcześniej, żeby być pierwszy. Cała godzina „Cztery pory roku i homoniepewny Piotr. Wreszcie się wyjaśniło. Brakło zaświadczenia z banku o stanie mojego konta w ciągu ostatniego miesiąca. Kurwa mać, przecież wiadomo, że 6 pensów! Najważniejsze było to, że o konieczności przesłania takiego dokumentu homo niepewny Piotr wcale mi nie powiedział, kiedy wypełnialiśmy telefonicznie aplikację. Idę do banku. I coś mnie tknęło, żeby iść z dokumentem do urzędu, to jest nadzieja, że puszczą to faksem. Przeczucie było dobre – wysłali bez ociągania. Gdybym wysłał list pocztą najwcześniej za pięć dni miałbym szanse na pieniądze, a tak, mogą być już nawet pojutrze.

Czekam cały tydzień i dupa blada. Idę do urzędu, żeby sprawdzili czy fakx mają nie zepsuty. Faks mięli dobry, ale brakuje zaświadczenia o niezdolności do pracy między 13 marcem a marcem czternastym. Anglicy potrafią swoją flegmą i głupotą rozjuszyć człowieka. Zanim pozwoliłem dac ponieść suię emocjom, postanowiłem zajrzeć do Santandera na moje konto w komórce, bo czasami ktoś wpłaca 7 funtów i zostawia swojego maila, żeby mu przesłać książkę drogą elektroniczną.

Dziś nie będę już rozjuszony: na moim koncie równiutkie 20 funtów! Okazało się, że kasjerka wypłacając mi tydzień temu kasę, zapomniała zapisać tę transakcję.

  • Czy to jest kradzież? – zapytałem Pana Jezusa
  • Weź przestań – upomniał mnie surowo. Okraść Żydów i lichwiarzy to jedynie dobry uczynek. Grzechem śmiertelnym jest natomiast kradzież kromki chleba ubogiemu bratu lub siostrze, wiesz przecież.Na tych dwudziestu funtach doczołgałem się do pamiętnego dnia, gdy na moim koncie pojawiło się 777 funtów (z nadpłatą za trzy miesiące, a potem podobna kwota z tytułu zasiłku mieszkaniowego. Panie i Panowie – wracam do gry. Właśnie ubezpieczyłem moje kości w razie połamania na 33 tysiące funtów. Tak więc, jestem przygotowany na atak skurwysynów po 13 sierpnia perfekcyjnie. Tak więc łamiąc moje kości wspierasz mój budżet i sprawiasz, że jestem zdrowszy, ponieważ w procesie gojenia się połamanych kości całe wapno z organizmu przechodzi do kontuzjowanych części , a zatem cały cholesterol znika z tętnic. 

SREBRNY DZWON JEDEN I TRZY CZWARTE

 

 

 

Właśnie wybierałem się po towar na farmę, ale w lewym kole przyczepy mało powietrza, a ponieważ miałem w planie cały worek ziemniaków i bobu, postanowiłem poprosić Paula ze sklepu rowerowego, żeby mi dopompował.

Zawsze uśmiechnięty Anglik zabiera się za robotę i gdy skończył, sprawdza prawe koło.

- Nie trzeba, ono jest w porządku…

- Ale, tak na wszelki wypadek.

Miałem złe przeczucie i rzeczywiście nie dojechałem do kościoła koło Lidla, jak dętka z hukiem pękła. Jeszcze miałem słabą nadzieję, że strzela do mnie snajper wynajęty przez Damiana. Ale to była niestety moja przyczepa.

Zawiozłem mu ją z powrotem nie czyniąc wyrzutu, że stało się to przez jego nadgorliwość.

Ponieważ zbliża się nieuchronnie 13 sierpień, demony nie mogąc już atakować mnie bezpośrednio, robią to używając głupotę innych ludzi. I robią to bardzo skutecznie.

Tak było również z Simonem z Brodwayu. Zaledwie w trzecią sobotę moich występów przed mikrofonem na ulicy, kiedy wszystko rozwijało się dynamicznie, dostałem nieoczekiwany zakaz śpiewania w tym miejscu. Simon był bardzo zakłopotany tłumacząc mi, że jego szef, właściciel sklepu wrócił z urlopu i stanowczo zakazał mu udostępniać mi sprzętu nagłaśniającego i śpiewać piosenki przed sklepem.

- Dobrze – mówię – załatwię sobie jakiegoś spikera, tylko daj mi się podłączyć do kontaktu.

- Nie, to wykluczone, w ogóle nie możesz śpiewać w tym miejscu, inaczej powiedział, że mnie wypierdoli.

- A tutaj obok mogę? – wskazałem mu sąsiedni sklep z warzywami.

Simon pokręcił głową.

- Nie możesz, gdyby sklep był zamknięty, to tak… tam, jakieś dwadzieścia metrów dalej jest nieczynny bank, ale musiałbyś mieć spikera na baterię, bo tam nie ma się jak podłączyć.

- Dobra, coś pomyślimy… Simon, co to jest za gość ten właściciel i dlaczego przeszkadza mu, że tutaj śpiewam?

Simon uśmiechnął się.

- Ma sieć takich sklepów w całym świecie i to w najdroższych miejscach: Nowy Jork, Londyn, Paryż… ale zanim stał się tak cholernie bogaty, podobnie jak ty, śpiewał na Londyńskich ulicach używając tego jebanego zestawu…

Zrozumiałem doskonale i nie będę drążył tematu. Skurwysyn – pomyślałem.

- Chris – zagadnął Simon lekko uśmiechając się – ten cholernie bogaty człowiek dał mi do zrozumienia, że jeśli wyjaśnisz mu o co chodzi w tej historii ze srebrnym dzwonem, to może zmienić zdanie…on jest naprawdę cholernie bogaty.

Popatrzyłem na Simona i teraz ja się uśmiechnąłem.

- Kiedy ja będę cholernie bogaty, wykupię wszystkie jego sklepy i puszczę go z torbami. To jest Anglik, czy jakiś pierdolony Arab?

- Portorykańczyk.

- Wrócę tu, jak tylko zdobędę sprzęt na baterię i kogoś do pomocy, bo domyślam się, że na ciebie nie mogę już liczyć?

Simon rozłożył ręce, a to znaczyło krótkie: nie.

Zbliża się pierwsza, więc odbieram przyczepę z serwisu i dalej będzie tak, jak tego dnia miało być. A to opowiadanie wklejam wyłącznie dlatego, bo jestem mocno wkurwiony na Paula, Simona i jego szefa. Teraz jakby gniew nieoco zelżał…

Apel do moich wszystkich Księżniczek: bądźcie ostrożne i czujne i jeśli nie ma takiej konieczności, nie zbliżajcie się do skurwysynów z Matrixa. Szczegółowo rzecz wyłożę na naszej wyspie.

SREBRNY DZWON 1,5

 

 

Jak wiecie, kochane moje Aniołki wyzwolone z Matrixa,  kobiety dzielą się na Księżniczki i zwykłe kurewki. Te zwykłe kurewki mogą przestać nimi być jeśli z grubsza rzecz biorąc,  zdecydują się uznać przepisy dekalogu za obowiązujące również w ich życiu. Tak samo jest z mężczyznami. Tak więc każdy skurwysyn, nawet ten, który zaatakował mnie przed „Europą”, może przestać nim być raz na zawsze, jeśli tylko, no właśnie…(dalej obowiązuje ich embargo na kino) Jednym z takich angielskich skurwysynów, który bardzo poważnie rozważa możliwość przekroczenia niebieskiej cienkiej linii, jest właściciel sklepu wędkarskiego na High Street, tuż za kościołem. Poznaliśmy się trzy lata temu, kiedy również właśnie byłem bez grosza, bez pracy, ale za to jeździłem rowerem podarowanym mi przez Tonego. Jadę sobie do kościoła i tam gdzie zwykle przypinam rower do metalowego prętu ogrodzenia widzę taką scenę: zażywny jegomość po czterdziestce zapamiętale dusi młodego człowieka, któremu już gałki oczne wypadają z oczodołów. Niewiele myśląc całym impetem wjechałem przednim kołem dokładnie pomiędzy rozkraczone nogi dusiciela. Ten z przerażeniem w oczach złapał się za jądra prawą ręką, tymczasem lewa ześliznęła mu się z szyi młodzieńca i kurczowo zacisnęła na jego nadgarstku.

  • Puść go! – powiedziałem całkiem po angielsku. - I wtedy nagle poczułem na swoim ramieniu kobiecą dłoń.
  • Przepraszam bardzo, ale to jest mój mąż, jesteśmy właścicielami tego sklepu, a ten młody człowiek ukradł nam bardzo cenną rzecz.
  • W takim razie nie przeszkadzam – powiedziałem – może w czymś pomóc​?
  • Nie, poradzimy sobie – odrzekł krótko właściciel sklepu. Poczekał cierpliwie, aż przypnę rower i dalej wziął się dusić złodzieja na nowo. Ponieważ przypadki zdarzają się jedynie w Matriksie, do końca tego dnia i przez cały następny przemyśliwałem jakie znaczenie może się ukrywać wtym wydarzeniu. I okazało się co następuje: niewinnemu człowiekowi zadałem ranę.  A więc grozi mi powrót do Matrixa. Jak z tego wybrnąć? Postanowiłem odwiedzić sklep za kościołem na trzeci dzień i ofiarować właścicielowi butelkę wina śliwkowego, a jego żonie śliwki w czekoladzie mojego pomysłu. Byłoby to coś w rodzaju rekompensaty.
  • Przepraszam – mówię w drzwiach – ale chyba stłukłem ci jadra…, gdybym wiedział, że dusisz złodzieja, pokazałbym ci lepszy sposób eliminowania robactwa…
  • Nie ma sprawy, jasne, skąd mógłbyś wiedzieć, że to złodziej…
  • Czy odzyskałeś to co ci ukradł?
  • Taki mały kołowrotek, który zmieści się w kieszeni, ale jest wart siedemdziesiąt funtów.
  • To wino – powiedziałem kładąc butelkę na ladzie – warte jest  7 funtów, ale w ramach zadośćuczynienia masz je gratis a to czekoladki dla żony.
  • Nie, nie, nie, nie mogę tego przyjąć, przecież to co zrobiłeś, to nie było przeciw mnie!
  • A jednak – byłem nieustępliwy – jestem przekonany, że po wypiciu tego wina szybciej minie ból i obrzęk z twojego krocza. Tu Anglik przyjął dar i chwytając butelkę w ogromną, mięsistą dłoń podpowiedział mi następujące pytanie:
  • Jestem na bezrobociu i rozdając okolicznym farmerom moje wina otrzymuję od nich za darmo bardzo świeże owoce i warzywa. Potem je sprzedaję. Moja cena jest niższa niż w Lidlu i  gdybyś był zainteresowany, zadzwoń i złóż zamówienie. Oto moja wizytówka. Minął dzień, tydzień a potem cały miesiąc, a od rybaka dalej nie ma telefonu. Zgubił wizytówkę, pomyślałem i wchodzę do sklepu obładowany rozmaitymi produktami. W sklepie tylko żona.
  • Czy mnie poznajesz ?– zapytałem.
  • Jakżeby nie? – powiedziała z uśmiechem.
  • Czy smakowały czekoladki?
  • Tak, bardzo!
  • A jak szanowny małżonek widzi moje wino? – Kobieta mocno zmieszała się.
  • Mój mąż w ogóle wina nie pija, ja zresztą też….
  • A to może zamówisz jakiś towar?
  • Tak, a co masz? – Rozłożyłem na ladzie cukinię, kalafior, białą i czerwoną kapustę, szczypiorek, avokado i kapustę pekińską.
  • Ile? – zapytała krótko.
  • Ale za co?
  • Wszystko, wyglądają na bardzo świeże.

O, kurwa…raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem. Takie warzywa idą w sklepach po funcie, a jeśliby wszystko przeciąć na pół, daje to trzy funty pięćdziesiąt. 

  • To cię kosztuje cztery funty pięćdziesiąt pensów.
  • Doprawdy? A to mogę zamówić jeszcze marchewkę i pietruszkę oraz ziemniaki?
  • Oczywiście – powiedziałem wkładając funty do kieszeni – będę z towarem za dwie godziny. – I tak od tej pory, w każdy poniedziałek żona rybaka składa zamówienie, które stanowi moje utrzymanie na cały tydzień.I wydawałoby się, że jest wszystko w porządku. Nie jest.Nawet zapracowane polskie robactwo, którego szyldem jest liniowy z Downa nie zalalazło mi tak za skórę, jak rybak i jego żona.Każdego poniedziałku przynoszę im towar wartości siedmiu, ośmiu funtów i jako bonus dla stałego klienta, zawsze coś zostawiam. Dostali już wszystko. Począwszy od chrzanu i ćwikły, skończywszy na rosole, bigosie i gołąbkach zawiniętych w liście kapusty kiszonej. Przez długie  trzy lata na pytanie czy smakowało – solidarnie kiwają głowami mając wszakże w oczach lekki przestrach.
  • To w takim razie, czy chcecie tego więcej? – pytałem. No więc zawsze odpowiadali wymijająco, aż w końcu powiedzieli prawdę. Oto córka prowadzi restaurację w Londynie i oni mają już dość nawet jaskółczych udek. Natomiast co się tyczy owoców, to rośnie to u nich wszystko w sadzie i to bez grama chemii.Zrozumiałem, ale ponieważ wina wychlali mi Bzyku, Kogut i cała ta ferajna, teraz za towar muszę farmerom płacić. Tak więc z siedmiu funtów tak naprawdę mam tylko cztery. Gdyby natomiast rybak, żona i córka rybaka znaleźli upodobanie na przykład w kompocie truskawkowym, to na siedem zarobionych funtów zostaje mi w kieszeni osiem, bo tak wymierzam towar, że na pytanie ile się należy, mówiąc dziewięć funtów, dwadzieścia pensów, dostaję całą dyszkę i wiadoma sprawa RESZTY NIE TRZEBA.Dzisiaj jednak, za przyczyną Ani stał się CUD.I to prawdziwy! Ryba chwyciła haczyk. Wczoraj, przy niedzieli mieliśmy z żoną rybaka miłą pogawędkę o  pogodzie, jak to w Anglii i tak zupełnie mimochodem wręczyłem jej kawałek tortu.
  • Jaki piękny! (użyła słowa, które na polski znaczy „kochany”), skąd go masz?
  • A mam… a pogoda jest do dupy,  za gorąco! – I wyszedłem ze sklepu mocniej niż zwykle wkurwiony, bo zaraz sobie pomyślałem,że ta londyńska kurwa z ptasim móżdżkiem, czy też udkiem, ma jakieś pierdolone francuskie torty za tysiąc dolarów i znowu mnie przebije. Miałem nawet w tym celu zamiar jechać do Londynu i osobiście kurwie popatrzeć w oczy.

Wracam się jeszcze przed zamknięciem sklepu i pytam, czy smakowało.

Nie muszę czekać na odpowiedź, bo widzę to z zakłopotanego wyrazu twarzy.

  • Dzisiaj było bizi i jeszcze nie próbowałam. – Pewnie już dawno jest w koszu, pomyślałem.To było wczoraj, a dziś?
  • Ile kosztuje taki jeden kawałek? – zapytała ożywiona.
  • Dwa i pół funta, a jeśli weźmiesz dwa kawałki to płacisz cztery funty…
  • Dwa! – zawołał rybak.
  • Wracam za piętnaście minut… zostały mi jeszcze cztery…
  • Przynieś cztery! – zawołali jak zgodne i nareszcie zaczynające żyć po Bożemu małżeństwo.

SREBRNY DZWON 1

 

SREBRNY DZWON

 

 

Wczoraj z Księżniczką przegadaliśmy całą noc i o czwartej wyjechałem w trasę po truskawki i czereśnie. Wracam z towarem wartości dziesięciu funtów i zabieram się za pizzę. W międzyczasie, gdy ciasto do pizzy rośnie, obieram warzywa do zupy pod tytułem  „barszcz czerwony”. Zamiast fasoli dodaję bobu. Efekt jest zajebisty, ale warzywo musi być młode. Wywar buraczany uzyskuję zalewając wodą piętnaście dużych buraków, razem z liśćmi i w towarzystwie przypraw. Gotuję nie więcej jak 20 minut i zostawiam wszystko na noc. Na drugi dzień, czyli dzisiaj, wyciągam buraki i trę je na grubej tarce a następnie mieszam z chrzanem, który już ma w sobie cytrynę i cukier. Wychodzi mi z tego dziewięć słoików ćwikły, które sprzedaję Anglikom po 2 i pół funta. Wywarem (bardzo czerwony) zalewam w jednym garnku bób, w drugim ziemniaki, w trzecim warzywa, w czwartym bekon. Gotową zupę umieszczam w siedmiu małych słoiczkach i czterech litrowych. Gotową pizzę zawożę Anglikowi ze sklepu rowerowego na Porte Street, a drugą na pniu kupuje Krystian. Zabierając do przyczepy siedem małych słoiczków jadę na Brodway. Simon, sympatyczny młody Anglik handlujący dziełami sztuki i obrazami (najtańszy obraz kosztuje 10 tysięcy funtów) montuje mi przed sklepem zestaw głośnikowy, to znaczy mikrofon podłączony do wzmacniacza. Na oknie wystawowym Simon wiesza transparent z napisem „Zbieram na srebrny dzwon”. Śpiewam najciszej jak mogę, ale mój głos z powodu wzmacniacza niesie się na przestrzeni dobrych dwudziestu metrów. Wolałbym śpiewać normalnie, tak jak się uczyłem, ale wtedy nie wiem jak zareagowała by policja. Na razie wolę nie ryzykować, tym bardziej, że i tak za godzinę mam już pełny kapelusz funciaków. Zaczynam od „As Time Goes By” z Casablanki, a kończę piosenką z filmu Rio Bravo. Po każdej piosence Anglicy pytają o co chodzi z tym dzwonem i dlaczego ma być srebrny. Wtedy Simon zachęca ich do odwiedzenia mojego blogu na którym jest pięć opowiadań już przetłumaczonych na Angielski i że trzynastego sierpnia wyjaśnię również po angielsku o co tu chodzi. Na razie robię z tego tajemnicę w celach marketingowych, żeby wzbudzić na tyle ciekawość, żeby jak najwięcej ludzi zaczęło odwiedzać blog, bo od ilości odwiedzin zależy czy mogę liczyć na dofinansowanie z reklam. Musi być przynajmniej milion a jest zaledwie sto tysięcy. Druga grzeczność ze strony Simona polega na tym, że cały czas stoi przy mnie i każdemu Anglikowi, który wrzuci do kapelusza przynajmniej funta wręcza słoiczek czerwonego barszczu wyjaśniając, że koszt wyprodukowania takie zupy wynosi trzydzieści funtów i przynajmniej z tego powodu warto jest spróbować. Nie wszyscy Anglicy przyjmują, powiem nawet zaledwie jeden na pięciu. I właśnie za tę odwagę, Simon wręcza schwytanemu w pułapkę Anglikowi słoik ćwikły, panetkę truskawek, czereśni i małą butelkę wina. Zdezorientowany Anglik zabiera reklamówkę i szybko znika za węgłem. I znowu pewna ciekawa zależność: na pięciu Anglików którzy przyjęli towar, tylko jeden dzwoni następnego dnia z prośbą na przykład o zupę. Tę sprawę szczegółowo wyjaśnię 13 sierpnia. Z Polakami jest inaczej. Znają mnie na tyle, że wiedzą, że jestem wariatem i ze strachu nie tylko przyjmują słoiczek na spróbowanie, ale również kupują przy okazji jakiś inny towar. I tym ratują swoje głowy. Ale po rozmowie z Magdaleną, mając już mocne zabezpieczenie swoich tyłów, zaczynam atakować. Podchodzę do każdego napotkanego Polaka i wręczając mu panetkę truskawek, wyjaśniam, że na opakowaniu jest adres mojego blogu na którym, gdy wejdzie trzynastego sierpnia, dowie się w czym tkwi sedno pomysłu o zbieraniu pieniędzy na srebrny dzwon. Wszyscy chyba już wiedzą, oczywiście oprócz tych, którzy powinni być zainteresowani, że każdy, kto kupił u mnie towar choćby za pięćdziesiąt pensów, lub w jakikolwiek sposób pomógł mi – ma zapewnienie nietykalności razem ze swoją rodziną. Są jednak tacy, którzy nie tylko niczego nie kupili, ale nawet nie przyjęli gratisowego słoiczka na spróbowanie. Tych ludzi jest niewielu, nie więcej jak dwudziestu. Najwięcej z Primy, Czterech Aniołów z Kensa, Akchio i Downa. Wszystkie te osoby maja swoje zdjęcia w moim Iphone, znam ich nazwiska i adresy. Mam układ z satyrykiem, który do każdego epizodu narysuje karykaturę delikwenta, tak żeby nie tylko sam się rozpoznał, ale żeby wszyscy jego znajomi, a zwłaszcza rodzina miała powód do  kłopotliwych refleksji. Na przykład narzeczona Damiana, bardzo bogata Polka, czytając historyjkę o nim natychmiast zerwie zaręczyny, bo dowie się, że narzeczony w kamienicy, w której wynajmuje pokoje ma apartament z kanapami obitymi czerwoną skórą na których w każdy weekend kopuluje z małolatami i to dosłownie za puszkę piwa. Przez cały ten czas, gdy jestem a w Anglii zbierałem podobne informacje o ludziach i na każdego skurwysyna z tej dwudziestki mam innego haka.

Te epizody, będące niezbitymi dowodami ich podwójnego życia wkleję dopiero trzynastego sierpnia w opowiadaniu pod tytułem „Srebrny dzwon 2” Oni wiedzą kim są i wiedzą, że ja wiem. Dlatego często w ukryciu przed żonami wchodzą na mój blog w obawie czy racja ich stanu nie jest zagrożona. Wiedzą, że jest, ale nie wiedzą, że oskarżając mnie o zniesławienie taki Damian dowie się, że mam jedną Słowaczkę i dwie Angielki, które zgodziły się zeznać o dokonanych na nich gwałtach. Angielki przestały już być małolatami a ze Słowaczką to nie był klasyczny gwałt tylko wyraz niezadowolenia właściciela pensjonatu brakiem opłaty za pokój. Co się tyczy Angielek to one miały wtedy po piętnaście lat i nawet oddając się same sprawią, że Damian pójdzie siedzieć za seks z nieletnimi.

Dlaczego więc tak długo czekam? Na pewno nie z powodu marketingu, tylko z powodu braku czasu. Mając na karku dwadzieścia procesów sądowych, mam wycięty z życiorysu przynajmniej rok. Co z tego, że każdy proces wygram?

Dlatego posłuchajcie mnie panowie i panie, którzyście nigdy ode mnie nic nie kupili, nic nie przyjęli w prezencie ani w niczym nie pomogli, a niejednokrotnie utrudniali życie. W czasie do trzynastego sierpnia, każdy dostaje ostatnią szansę. Wpłacając na moje konto 333 funty ratuje swoje dobre imię, a ja zapomnę o sprawie. Inaczej jest z Damianem. Rozmawiając z tymi pięknymi dziewczynami byłem świadkiem ich płaczu. Kiedy piękna dziewczyna (nie musi być koniecznie młoda), płacze przez jakiegoś skórwysyna, to mój gniew uśmierzy się dopiero wtedy, kiedy zobaczę na swoim koncie kwotę 3333. Jeśli piszesz w nazwie przelewu: Bogdan Zieliński, to musisz uściślić: Bogdan z Kensa, bo jest jeszcze Bogdan z podstawówki na którego też mam haka.

Mam cichą nadzieję, że trzynastego sierpnia ukaże się opowiadanie „Srebrny dzwon 2” bez ani jednej karykatury (za każdą płace 50 funtów!), bo tak naprawdę to opowiadanie jest absolutnie pomyślane o czymś innym. Ale jak tylko się dowiecie ogarnie was zdumienie jakiego wcześniej w życiu nie doświadczyliście.

GENESIS 22

GENESIS 22 CZYLI IGNACY LOYOLA, DWA KOŚCIOŁY 2

 

 

 

  • Zaczniemy od kościołów czy wolisz raczej otrzymać najpierw zrozumienie pierwszego zdania Księgi Rodzaju? – zapytał Ignacy z seledynowego ekranu i popatrzył mi w oczy.

 

  • Zrozumienie nijakie to ja mam – odpowiedziałem nonszalancko – a „Dwa Kościoły”, cóż…kiedy ostatnio objaśniłeś różnicę pomiędzy jednym a drugim kościołem, rzecz całą zakończyłeś zdaniem: „Wiele by o tym mówić.”

Ignacy kiwnął głową z aprobatą.

  • A ja nie mam kartek, poza tym na jeden tom książki przewiduję nie więcej jak 333 stron, grubszej książki w dzisiejszych czasach nikt nie kupi…
  • A książki z obrazkami ?– zapytał Ignacy.
  • Narysujesz?
  • Namaluję… – i w jednej chwili ekran monitora zakołysał się, i w tle niebieskiej poświaty pojawiło się coś nieoczekiwanego: dwóch przystojnych Panów i jedna Pani. Tymczasem Ignacy mówił spokojnie:
  • Na początku Bóg stworzył Maryję – popatrzył na mnie czy czaję w czym rzecz – Lucyfera i Eliasza.

Ponieważ Maryja została natychmiast przebóstwiona miała przywilej ujrzeć odbicie Dwóch Osób Boskich w takiej postaci w jakiej Boga zna i przenika jedynie Jego Duch . W Lucyferze więc ujrzała cudowną harmonię nieskończonej Myśli, w Eliaszu natomiast takąż harmonię nieskończonego Słowa. Tymczasem obaj sympatyczni Panowie ujrzeli w sobie zaledwie Bezład i Pustkowie – byli bowiem bez Ducha, jak Cezar i Napoleon bez portek… ponieważ właśnie ów Duch cały wypełniając Maryję, przedstawił ją jako swoją Oblubienicę.

- MASAKRA! – pomyślałem w duchu… podejrzewałem, że tak właśnie było!

- Cóż… – Ignacy zawiesił głos i spojrzał na mnie z cieniem ironii – nikt wtedy jeszcze nie myślał o gender i owe pierwsze oświadczyny Ducha zarówno Lucyfer jak i Eliasz przyjęli z uznaniem, całkiem naturalną i niewymuszoną uległością, powiem nawet z podziwem. Jakkolwiek czując się zaproszeni na gody weselne, a więc całkiem darmową wyżerkę, wcale nie to było powodem ich całkowitej akceptacji Bożego wyboru, jaki Ten uczynił w odniesieniu do Maryi…

  • A ja czytałem gdzieś, że jednemu się to nie spodobało…
  • Jak powiedziałem, nie było wtedy jeszcze mowy o żadnym gender…
  • A jednak w końcu przecież w taki sposób Lucyfer o Bogu MUSIAŁ pomyśleć.
  • Nigdy – przerwał Ignacy – to o czym mówisz mogło pojawić się jedynie w wypaczonym umyśle człowieka. Dlatego właśnie człowiek a nie upadły anioł może być zbawiony, choć tego dnia ani jeden, ani drugi nie pojawił się na świecie z tego prostego powodu, że obaj panowie nie umieli jeszcze czytać siebie nawzajem, za to mieli wgląd w swoje własne wnętrza. A więc Lucyfer kontemplował w sobie potęgę Boskiej Myśli, Eliasz kryształy Boskiego Słowa.
  • Kiedy więc Lucyfer się zbuntował i jakie było tło jego decyzji? – zapytałem całkiem niedorzecznie. I jak się okazało nie tak całkiem niedorzecznie, bo Ignacy odpowiedział:
  • Tego pewnie on sam do dziś nie wie…należy więc swoją intuicję jakakolwiek by była położyć na Piśmie Świętym, a więc: pycha i zazdrość, albo zazdrość i pycha i próżno dociekać co było pierwsze kura czy jajko… – Ignacy spojrzał na mnie z głębi monitora, który nagle stał się czerwony jak ogień – tak czy inaczej od tego czasu mamy wojnę i dociekanie jej przyczyn jest nie tylko jałowe, ale niebezpieczne. Przypomina to żołnierza, który zamiast strzelać do wroga kontempluje zawiłości działania mechanizmu, którym jest strzelba.

 

Bóg jest Osobą i stworzył trzy osoby jako swoje odbicia: właśnie jedną kobietę i dwóch mężczyzn i to wtedy kiedy nikt jeszcze nie miał zielonego pojęcia czym jest płeć, czym jest byt anioła, ani tym bardziej czym jest byt człowieka. Dociekanie więc czym jest Maryja, Lucyfer i Eliasz jest tak niedorzeczne jak dociekanie czym jest Bóg w swojej istocie. Nie wykraczając poza pierwsze zdanie księgi, dostęp do Boga uzyskać można jedynie przez Maryję, Lucyfera albo Eliasza. Pomijmy na chwilę tego trzeciego. Przez Maryję uzyskujemy ten dostęp z porywu serca, a przez Lucyfera z brutalnej konieczności. Jakkolwiek kontemplacja Maryi jako przepięknej Niewiasty obleczonej w słońce jest najbezpieczniejszym dostępem do Boga, to zawsze kontemplacja Lucyfera stawia człowieka przed wyborem krzyża lub jego odrzuceniem. Człowiek więc wybierając krzyż wybiera Boga, a odrzucając go pogrąża się w Piekle, które jakkolwiek by o tym nie myśleć jest bytem osobowym, a więc, niestety wiecznym. Przeglądając twoje myśli, kiedy byłeś nastolatkiem odgaduję taką ukrytą w tobie tęsknotę, że oto widząc bliskie ci sercu istoty zatopione w Piekle, marzysz o tym, żeby je Bóg unicestwił, bo komu może być potrzebne tak bardzo wyrafinowane i okrutne cierpienie? Niestety, jest to jedna z dwu rzeczy całkowicie poza zasięgiem wszechmocnego Boga… a wiesz może jaka jest ta druga rzecz ? – Zapytał Ignacy z ukrytą nadzieją, że nie wiem.

  • Wiem.
  • Czasami udaje ci się świętego wyprowadzić z równowagi.

    Uznając to za komplement odpowiedziałem z wyższością:

  • Nikt, to znaczy żaden człowiek, który odwoła się do Maryi nie może być potępiony, choćby on sam tego oczekiwał.

Ignacy podrapał się po głowie.

  • No to wychodzi na to, że mamy trzy rzeczy!… jak na to wpadłeś?
  • Jest to zapisane w Dzienniczku siostry Faustyny Kowalskiej, kiedy odwiedza ją marszałek z zarzutem, że ona jedna nie oddaje mu należnej czci.
  • To wiesz może jeszcze dlaczego do niej przyszedł? – zapytał z ironią.
  • Żeby ksiądz Natanek to puścił w eter…
  • Nie… okazuje się, że jednak nie wszystko wiesz…Wcale nie dlatego.
  • No to powiedz.
  • Powiem. Odchodząc od niej z kwitkiem, bo naprawdę pragnął żeby ta zakonnica oddała mu chwałę, przypomniał sobie taki okres w swoim życiu, kiedy nosił szkaplerz. Był to więc zamysł Boży. On naprawdę całkiem świadomie wybierał się do Piekła znając srogość tego losu i nie odczuwając najmniejszego pragnienia na jakąś odmianę. Teraz życzyłby sobie takiego losu wszystkim masonom, gdyby mógł jeszcze przemawiać…
  • A dlaczego opisując pierwszy dzień stworzenia z takim przekąsem wspomniałeś o gender?

Ignacy uśmiechnął się smutno.

  • Jak śrubka pasuje do nakrętki, tak człowiek pasuje do Boga jako oblubienica. Łatwo jest się w tym odnaleźć mając świadomość, że Bóg jako Osoba zawiera w sobie pierwiastki męskie i kobiece. Tak więc zaślubiny dokonane w Bogu są czymś naturalnym. Natomiast zaślubiając Lucyfera, który przez swój nijako wrodzony wstręt do Niewiasty posiada wyłącznie pierwiastki męskie, jest i powinno być zwłaszcza dla mężczyzn czymś wysoce niesmacznym… Parszywy los…
  • To dlatego, żeby oswoić swoich przyszłych kochasiów Szatan z taką gorliwością promuje homoseksualizm… jest to z jego strony pewnego rodzaju miłosierdzie…

Ignacy uśmiechnął się.

  • Przez swoją cyniczną uwagę skierowałeś moją myśl ku „Dwóm Kościołom”.
  • Czy mógłbyś tę rzecz rozwinąć kiedy indziej? – zapytałem niepewnie.
  • Dlaczego?
  • Bo wiecznie w Anglii nie będę mieszkał, a żaden polski ksiądz po przeczytaniu twojego wypracowania nie udzieli mi komunii świętej ani na stojąco, ani na klęcząco, ani na leżąco, ani do ręki ani nawet do rękawa…
  • Chociaż jestem księdzem i to podobno świętym, od kilkuset lat nikt mi nie udzielił komunii świętej, a popatrz: żyję…ale przystaję na twoją prośbę z tego powodu, że dziś są urodziny twojego syna i powinieneś do niego zadzwonić.

O, kurwa! Całkiem zapomniałem: dziś trzynasty czerwca: moja ulubiona trzynastka. Kto wie, może właśnie dlatego nawet trochę lubię mojego syna?

A zatem 13 lipca wkleję opowiadanie zaczynające się od słów:

Ludzkość pyta Boga: „W jaki sposób upewnimy się, że okazałeś nam miłość?

Bóg odpowiada: „Czyż Ezaw nie był bratem Jakuba, a Ja pokochałem Jakuba, Ezawa zaś znienawidziłem.”

33 NIEDZIELA ZWYKŁA 4 I PÓŁ

  •  

     

     

     

     

     

     

    Jakkolwiek o niezwykłości tej i innych niedziel będzie można przekonać się dopiero po lekturze trzeciego tomu mojej książki pod tytułem „Na deskach”, już teraz mogę wskazać na pewne projekty, których rozwinięcie może nie jednego i nie jedną przyprawić o zawrót głowy. Imponujące! Sursum Corda!…Tymczasem jednak nie mogę rozwinąć skrzydeł, ba! nie mogę nawet wyiskać się porządnie z głupoty zapracowanych Polaków i tej hołoty kościelnej, która udając pobożność zawraca Panu Bogu gitarę (dosłownie!) i będąc dopiero u zarania drugiego tomu „Nokautu”, jestem zmuszony odpuścić pola wrogowi , bo albo komputer zepsuty, albo przegrywając nierówną walkę z wirusem (komputerowym) i klikając czerwone pole „zapisz”, tracę wszystko co mozolnie uściubałem każdego dnia. Teraz więc mam inną taktykę: po każdym nowym akapicie klikam pole „zapisz” i udaje się. Spowalnia to pracę, na pewno, ale cios za ciosem powiększa się grono wybranych debili leżących już na deskach.

     

    Pierwszy zwiastun niezwykłości to taki, że półtora miesiąca temu zepsuł mi się laptop. Pół roku wcześniej obluzowane gniazdko zasilania udało się Krystianowi połączyć z kablem.

     

    • Ale Krzychu – powiedział – nie będziesz mógł jeździć z nim na miasto, bo z tej drugiej strony gniazdko trzyma się ledwie ledwie…  Sprzedając moje wyroby na deptaku zabierałem laptop, żeby nie marnując czasu przyśpieszyć z książką. Nie posłuchałem rady Krystiana i zabierałem komputer na moją przyczepę razem z kablem nic co prawda nie ruszając przy wtyczce, ale prawdopodobnie podczas wstrząsów na wyboistej drodze Port Street, musiało się tam wszystko poucinać, bo akurat, kiedy zamykałem czternasty rozdział i klikając pole „zapisz”, laptop zgasł na dobre i przez tygodnie nawet nie mogłem się dowiedzieć czy rozdział czternasty został zapisany. Prawdopodobnie nie. Moje przeczucie wiązałem z faktem, że kiedy dziesięć lat temu udało mi się zlokalizować Antychrysta, vel Lucyfera, vel Szatana, vel Rudego Smoka w bardzo krótkim opowiadaniu „Grzech Pierwszy”, kiedy z dumą zaznaczając pole „zapisz” wlałem w siebie ostatni łyk piwa, wtedy to ciężki kufel z powodu nagłego ukłucia w nadgarstku z hukiem  wylądował na klawiaturze laptopa. Kufel co prawda się nie stłukł, za to dane laptopa sfajczyły się dokumentnie.  Teraz w rozdziale czternastym za blisko podszedłem pod cuchnące zadki demonów opisywanych tam ludzi i zapominając zablokować gada odpowiednim egzorcyzmem, znowu oddałem mu pole. Chociaż tak po prawdzie, żeby skutecznie ustrzec się przed tymi nękaniami musiałbym przed każdym napisanym zdaniem odmówić litanię do Michała Archanioła, a po każdym napisanym zdaniu pomodlić się do świętego Judy Tadeusza specjalisty od spraw beznadziejnych. Jestem wszak  na wojnie. Trzeciej Wojnie Światowej. Jednym z podstawowych oręży w każdej bitwie jest niedopuszczenie, aby złość w sercu trwała dłużej jak pięć sekund. Jeśli złość trwa dłużej niż te pięć oddechów każdy żołnierz traci wszystkie siły i jest całkowicie bezradny wobec zasobów wroga. Jeszcze dwa lata temu o tym nie wiedziałem i dostawałem po łbie od wszystkich, od rodziny i od obcych, od lekarzy i od policjantów, od ludzi zrośniętych z demonami całkowicie i od księży, a ostatnio   nawet od samego Pana Boga, który udając hiszpańską inkwizycję wszystko próbował obrócić w żart. Teraz jest inaczej, a często zdarza się, że złość nie trwa dłużej niż sekundę! Jak ja to robię? A leję w mordę! Dosłownie. Wyprowadzam prawy sierpowy i jeśli szczęka jeszcze jako tako się trzyma całkiem nie złamana, łamię rękę w łokciu żądając 333 funtów odszkodowania za wymówki, które będzie czynił mi Pan Bóg, który mówi nie całkiem pobłażliwie: „Nie bij ludzi, to takie prostackie…”  A jak są świadkowie, albo kamery i nie mogę po mordzie, wtedy swoją złość wyładowuję perfekcyjnie widząc delikwenta jak w trzecim tomie mojej książki leży wyciągnięty na deskach i to nie ze złamaną szczęką ale dobrym, jak sądził imieniem, honorem, który wydawało mu się że posiada i reputacją, która nigdy nie była i odtąd już nigdy nie będzie stabilna…   Ewa, która jest z wykształcenia psychologiem, zgodziła się za całkiem niemałą sumkę, aby tłumaczyć niektóre opowiadania z pierwszego tomu książki, tak, aby angielski czytelnik miał na blogu wgląd w to co dzieje się na wojnie. Do niektórych ludzi, zwłaszcza po tej drugiej stronie płci, mam słabość. Tak, że nie tylko nie drażniła mnie zbytnio jej zachłanność  na pieniądze, ale przymykałem oko na najzwyklejsze chamstwo,kiedy to na przykład byliśmy już umówieni u Tonego, który miał zweryfikować jej zdolności jako tłumacza, ta zatrzymała się przed posesją staruszka w swoim pięknym audi i trzymając jednoroczne dziecko na kolanach kategorycznie odmówiła spotkania z Tonym dopóki nie ureguluję należności.   Głupia pizda boi się tej konfrontacji – pomyślałem.
    • To w takim razie po co tu przyjechałaś? – zapytałem mocno wkurwiony.
    • Spodziewałam się, że mi w końcu zapłacisz.„  Piekielnie boi się konfrontacji Teraz już byłem pewny i postanowiłem jeszcze raz bardziej wnikliwie przeczytać jej tłumaczenie zanim zrobi to Tony. Złość natychmiast minęła, ale tak, aby nie wyjść z wprawy, dręczyłem ją dalej:
    • Przecież jeszcze wczoraj rozmawialiśmy i zgodziłaś się, że zapłacę w piątek.Bardzo była wytrącona twarz pani psycholog i dopiero w sukurs przyszedł jej piesek na krótko uwiązanej smyczy: nad wyraz wątły człowieczek uchodzący w oczach świata za męża tej pani .
    • Krzysztof, nie wiem czy się orientujesz, ale Ewunię kosztowało to kilka nieprzespanych nocy…   A co ma piernik do wiatraka? To, że dalej byłem skłonny do współpracy i nie położyłem ich jeszcze na deski, była ta moja słabość do tej odwrotnej-przewrotnej płci i to, że nauczyłem się z osobami, które naprawdę nie chcę kłaść na deski, bo w jakiś sposób są przydatne (Na przykład Michał kupił już u mnie towaru grubo powyżej 10 funtów, a powinien już dawno z Krzysztofem i jego rodziną, z Romą i jej rodziną dawno leżeć na deskach.) A więc imaginuję sobie, że Ewunia, która potrafi zarywać dla mnie noce jest już Księżniczką!, i to nie tylko dlatego, że potrafi się poświęcać, ale ma jeszcze inną piękną cechę Księżniczek – jest cholernie droga. Już od dziecka miałem tendencję do marzycielstwa… więc łatwo mi jest w to naprawdę uwierzyć i kiedy jeszcze są przydatni do czegoś, jakoś od biedy toleruję takich ludzi koło siebie.Tonyemu wyjaśniłem, że w rodzinie psychologa panuje grypa i trzeba spotkanie przełożyć, ale zanim wyszedłem, rzuciłem okiem na tłumaczenie i na czerwono, ręką Tonego, naniesione słowa, pytajniki i wykrzykniki, których najwięcej było zaraz na początku.

      Podobnie jak w „Nokaucie” jest zawarta instrukcja w jaki sposób dziewczyna i kobieta staje się Księżniczką, a chłopiec Księciem, czyli człowiekiem umiejącym panować nad swoim ciałem, tak w pierwszym tomie mojej książki „Stamtąd do wieczności” jest to przedstawione w sposób zawoalowany, czyli ukryty między wierszami. Niektóre jednak opowiadania, na przykład „Rogów” przedstawia to w sposób bardzo wyraźny. Jesteśmy z dziadkami na wycieczce autokarowej w Rogowie i właśnie zwiedzamy stajnię, gdzie króluje najpiękniejszy w powiecie koń, nomen omen o imieniu Księżniczka. Ale w tym opowiadaniu to Asia jest Księżniczką. Drobna, czarna dziewczyna o błyskotliwych, żywych oczach. Przewodnik, ogromny facet podobnej postury co Jarosław ze „Stokrotki” poinformował, że można pogładzić konia po grzywie, bo jest to koń życzliwie nastawiony do ludzi, ale pod żadnym pozorem nie można go karmić cukrem. Natomiast Asia objawiając swoim zachowaniem jedną z najgłówniejszych cech Księżniczek: KIEROWANIE SWOIM ŻYCIEM W NIEZALEŻNOŚCI OD OPINI INNYCH LUDZI, karmi kobyłę cukrem, na co mocno skonfundowany przewodnik drapie się po głowie i przemyśliwa po cichu: „Lepiej z taką nie zadzierać, bo (w domyśle), może mnie ośmieszyć. Wygląda na to, że dobrze zna się na koniach, a ja lepszy jestem raczej w bryczkach i pojazdach konnych”. Zachowując się w ten sposób przewodnik dał dowód, że daleko mu do Księcia, którego jedną z głównych cech jest forsowanie swojej racji za wszelką cenę, choćby za cenę życia.

      Natomiast głupia pizda Ewunia tę samą scenę przetłumaczyła mniej więcej tak. „Przewodnik groźnie popatrzył na Asię i wykrzyknął – „lepiej ze mną nie zadzieraj!”

      Po tym odkryciu kamień spadł mi z serca, bo już nie miałem żadnych skrupułów żeby położyć ją na deskach z całą rodziną. Ponieważ jednak nie mam na razie żadnego innego tłumacza pod ręką a inne opowiadania Ewa tłumaczyła całkiem nieźle, postanowiłem dać jej kolejną szansę i wysłałem na pocztę mail tej treści|:

     

     

     

     

     

    W książce "Nokaut" zawarta  jest recepta w jaki sposób,
    stosując pewne zasady kobieta staje się Księżniczką a mężczyzna
    Księciem. W przypadku mężczyzny chodzi o siłę, w przypadku kobiety - o
    uświadomione piękno. Dotychczas proces odzyskiwania swojego serca był
    bolesną drogą powrotu do własnych ran i nie dziwię się, że ludzi to
    mocno zniechęcało. Moja metoda jest pogodnym i radosnym powrotem do
    swojego serca i jeśli ktoś mi odmawia zadaje mi ból, a ponieważ jako
    psycholog wiesz, że trzymanie w sercu gniewu dłużej niż minuta psuje je
    od wewnątrz, dlatego mój gniew nie trwa dłużej jak sekundę. Bo
    spotykając się z odmową współpracy zaraz wyobrażam sobie delikwenta
    jak pada na deski czytając w drugim tomie "Nokautu”, opowiadanie ze
    swoją osobą w roli głównej. W książce mężczyzn nazywam skurwysynami
    a kobiety tanimi kurewkami. Szacunek oddaję wyłącznie Księżniczkom i
    Książętom lub tym, którzy rokują pójście tą drogą.
    Taką Księżniczką w opowiadaniu "Rogów" jest Asia. Jedną z
    cech Księżniczek jest słuchanie się swojego serca a nie opinii ludzi.
    Przewodnik w stajni na pozór silny mężczyzna, jest tak naprawdę facetem
    całkiem bez jaj. Zakazuje siłą swojego autorytetu karmienie koni cukrem
    i ucieka w kąt jeśli spotyka się z prawdziwą siłą, którą
    Księżniczki również posiadają. Asia karmi kobyłę cukrem, a
    przewodnik nie reaguje dlatego, że spotykając się z siłą jaka emanuje
    z tej drobnej kruszynki, myśląc sobie, że Asia może okazać się
    lepszym znawcą koni, wycofuje się bojąc się kompromitacji i że
    dziewczynka może go ośmieszyć. Przewodnik nie jest prawdziwym
    mężczyzną, ponieważ kieruje się strachem. W Twoim tłumaczeniu nie ma
    tego. Czy to przeoczenie? Proszę o odpowiedź, bo "Nokaut"
    usiany jest niuansami i niedomówieniami.

     

    Na co dostałem taką odpowiedź:

     

     

     

    Przykro mi bardzo, ale ze względu na nadmiar obowiązków nie jestem w stanie podjąć się tego tłumaczenia.

     

    Ewa

     

     

     

    Zaraz odpisałem, albo tylko pomyślałem: „Mój gniew na ciebie nie trwał dłużej niż pół sekundy!”

     

    Ciekawym czy zrozumiała swoje położenie? Jako psycholog na pewno nie, jako śmierdząca kurwa natomiast w stu procentach tak. Dlaczego? Ponieważ ludzie kierujący się strachem jak ścigane zwierzęta wiedzą, że są tropione.

     

    Kolejnym stuprocentowym (taki nie może się już „wykupić” okazaniem jakiejkolwiek przydatności w moich bitwach – a wykupienie to można osiągnąć choćby płacąc za kilo jabłek jednego funta lub uiszczenie opłaty za szlify arystokraty kwotą 333 funta) kandydatem do trzeciego tomu jest Bartek, który sprzątał ze mną w Primie. Blisko dwumetrowa pizda z małym łbem na czubku chudego ciała wygląda tak pociesznie, że już nie musi zakładać okularów o grubych szkłach, żeby budzić salwy śmiechu wśród rozbawionych internautów, kiedy tylko zamieszczę jego zdjęcie, a raczej karykaturę głupiego, mocno zapracowanego Polaka z poznańskiego w necie, jak to obiecałem każdemu skurwysynowi i każdej kurwie.

     

    Kolejna pizda to jedna z hołoty kościelnej po stronie angielskiej. Jest wnuczką hrabianki Krasnodębskiej. Poznałem ją w kościele na mszy angielskiej i jak to zwykle u mnie bywa całkiem „przez przypadek”, dowiedziałem się, że nie tylko urodziła się w Anglii ale doskonale umie mówić i myśleć po Polsku. Z miejsca przystąpiłem do biznesu. Przyjęła książkę i obiecała jak najszybciej przeczytać i zacząć tłumaczenie. Po dwóch tygodniach zaczęła mnie unikać a zatem przeczytała książkę i postanowiła się nią zgorszyć. Za taką decyzję u mnie płaci się głową. Temat rozwinę w „Nokaucie”. Bezładnie, z ogromnym strachem w załzawionych oczach tłumaczyła, że nie ma czasu i nie będzie tłumaczyć i że ma wnuki na utrzymaniu…. Było to jakieś dwa lata temu. Często w ciągu tygodnia widywałem ją w kościele, ale nie wymienialiśmy ani słowa. Dopiero w sobotę, to znaczy wczoraj w przededniu uroczystości Chrystusa Króla Wszechświata podeszła do mnie od tyłu, objęła ramieniem i z radością w roziskrzonych oczach zawołała:

     

    • Dzisiaj prezydent Duda, premier Szydło i biskupi ogłoszą Chrystusa Królem Polski!   Szczęka mi opadła.
    • Rozalia Celakówna? – zapytałem. Kiwnęła głową i wyszła z kościoła.Oprócz żywej radości, która wydawała się spływać bezpośrednio z serca hrabianki, po raz pierwszy od wielu lat odczułem jak moja zbroja rycerska całkiem rozmięka i przemienia się w zwiewną szatę swobody, wolności i pokoju. Dzisiaj Chrystus obejmie tron w Polsce, a zatem moja misja skończona, a książka już niepotrzebna. Co będę teraz robił? – pomyślałem. Co zrobię z tym ogromem wolnego czasu na bezrobociu (bo już nie ma takiej opcji, żebym wrócił do pracy). Skończę jedynie „Nokaut”, bo wyraźny brak na rynku Księżniczek i Książąt zbyt rzuca się w oczy i zamieszkam nad oceanem i może nawet się ożenię?…

      Cała „Europa” aż tryska od piękna i wdzięku kandydatek na Księżniczki: Milena, Natalka z trzema siostrami, Paulina, Aneta… Milena, a czasami Natalka z miejsca zaczęły mnie dokarmiać jak tylko dowiedziały się, że z powodu bezrobocia mam chwilowe kłopoty finansowe, natomiast Aneta z mięsnego raz na tydzień wkłada mi do ręki pięć funtów ze słowami, które uwielbiam: „reszty nie trzeba”. I zabiera sporą reklamówkę warzyw i owoców, którymi teraz całą parą handluję. 100 lat temu w ten sposób zaczynali bracia Kensowie…

      Tymczasem wiadomość okazała się prawdziwa jedynie w połowie: biskupi wygłosili przenicowany Akt Intronizacji a prezydent Duda pozwolił się wtopić w tło pospolitej gawiedzi. Okazało się, że biskupi bojąc się o wpływy w kościele (mogliby stracić posłuch i pieniądze od na przykład takiego księdza Marcina) postanowili dokonać intronizacji na własną rękę, aby zablokować brawurową aktywność księdza Natanka i jego wojska. Moc prawną Akt Intronizacji nabiera wyłącznie wówczas, gdy wygłasza je Prezydent, czyli głowa państwa: „Ja, Prezydent Polski, Jerzy Sławoj Głódź Duda-Gracz, w obecności tych oto tutaj skurwysynów biskupów, którzy aż dotąd przez sto lat bardzo skutecznie blokowali to dzieło…” i tak dalej i tak dalej. Tymczasem Natanek na swojej stronie internetowej „Christus Vincit” nazwał to wydarzenie „Małą Intronizacją” A zatem od dzisiaj działania wojenne z obu stron nabiorą rozpędu. Czując smród biskupich zadków z nijaką radością założyłem na siebie z powrotem rycerską zbroję, bo oto już na oczach wszystkich, całkiem publicznie ukazał swój sposób kładzenia się na deskach lider wrażych mocy biskup Czaja mówiąc: „Ustanowienie Chrystusa królem Polski pomniejszyło by jego rolę i znaczenie”.

      Bez komentarza.

      Tym chaotyczny manewrem biskup nie tylko strzelił sobie w nogę ale dowiódł, że gariuczeqwo urze niet (amunicja się skończyła.)

      Z tą radosną wieścią wpadam do Marzeny do Olivi.

    • Jeszcze nie zdążę wydrukować tysiąca egzemplarzy „Nokautu” jak wojna się skończy i wrócę do Polski.
    • Wojna z kim? – zapytała unosząc brwi.
    • Na przykład z głupotą… gdybyś była Księżniczką miałabyś rozpoznanie sytuacji   .Każdego dnia zachęcam Marzenę do pójścia w zaczarowany świat BYCIA KSIĘŻNICZKĄ pokazując praktyczne tego korzyści. Dzisiaj opowiedziałem jej mój sen: uzbrojony w aparaturę dającą podkład muzyczny i mikrofon siedząc na laptopie śpiewam piosenkę Lee Marvina: „I was born under wondering star”, a Anglicy rzucają mi do kapelusza miedziaki.
    • Jaka to korzyść dla mnie? – zapytała nonszalancko.
    • A taka, że kiedy już będziesz Księżniczką, będziesz umiała rozumieć swoje sny.
    • Jestem już Księżniczką – powiedziała zalotnie – bo nie tylko rozumiem swoje sny, ale również i twoje.
    • Udowodnię ci, że tak nie jest.
    • Przecież od miesiąca zawracasz mi głowę jak to będziesz śpiewał Elvisa Presleja w Londyńskim metrze i w ten sposób zarabiał na książkę trzysta trzydzieści trzy funty dziennie…
    • No i co?
    • Ten sen to prosta ilustracja tego pomysłu, może nawet odczytałabym to jako zachętę, aby pójść w tym kierunku szybciej: rusz dupę: Jezus wraca! Coś w tym stylu…
    • Blisko, ale nie, to złe tłumaczenie.
    • No więc ?– zapytała.
    • Laptop – powiedziałem.
    • Co laptop?
    • W tym śnie ja siedzę na laptopie.
    • To akurat jest najmniej istotne…
    • Właśnie to najmniej istotne jest kluczem do zrozumienia snu.
    • ? ? ?         Lubię te znaki zapytania w pięknych oczach Marzeny.
    • Jakiś czas temu zepsuł mi się laptop, Po prostu nie można go uruchomić, bo nie idzie podłączyć zasilania. Oddałem go do serwisu i po obejrzeniu, specjalista orzekł, że założenie nowego gniazdka będzie kosztować 140 funty bo nie obejdzie się bez wymiany płyty czołowej i spodniej. A więc naprawa nieopłacalna. Mając na uwadze że w laptopie jest już połowa „Nokautu|”, powiedziałem, że dla mnie naprawa jest jednak opłacalna. I on wtedy pokazał mi na wystawie całkiem nowy laptop za 140 funty lepszy i szybszy, a widząc moje wahanie powiedział z flegmą jakby czytał mi w myślach „Pamięć tego laptopa przeleje się na nowy i w ten sposób nie utraci pan żadnych plików.”
    • Kupuję! – zawołałem – ale dopiero w przyszłym miesiącu, bo jestem na bezrobociu i muszę uskładać pieniądze. Uprzejmy Anglik powiedział „No problem”.Dzwonię do Piotra siostrzeńca do Polski a ten mi mówi, że wymiana gniazdka to pięć minut roboty i 10 złotych robocizny. Pytam, czy umiałby to zrobić. Powiedział, że tak ale, że on się na to nie pisze bo koszt przesłania laptopa tam i z powrotem to więcej jak 50 funtów i poradził, żeby znaleźć kogoś pod ręką, kto zna się na laptopach i ma do tego serce.

      Mieć do czegoś serce to znaczy,  potrafić  cieszyć się z tego, że udała się naprawa, a potem dopiero pozwolić aby pojawiła się radość z nieoczekiwanej gotówki.

      Pomyślałem zaraz o Piotrze liniowym z Ackio, który swojego czasu zalecał się do Mileny, która to Milena tydzień wcześniej oznajmiła mi, że Piotr zna się na laptopach. A ponieważ w komórce dla odróżnienia od innych Piotrów nazwałem go Piotr-serce, od razu i bez wahanie dzwonię. Rano, w południe, wieczorem. Nie odpowiada. Tak przez tydzień. Rośnie we mnie gniew i wzburzenie na człowieka, którego obiecałem Milenie, że w tydzień zrobię z niego mężczyznę, jeśli tylko nie ucieknie. Milena obiecała, że zrobi wszystko żeby nie uciekł, ale ten po przeczytaniu pięciu rozdziałów „Nokautu” nie tylko uciekł srając w portki, ale zerwał z Mileną, to znaczy stracił taką dziewczynę, że aż się wszystko we mnie zagotowało i dopiero widząc jak leży na deskach odzyskałem dawną siłę.

      Nawiasem mówiąc Piotr dostał przydomek „serce”, bo naprawdę wierzyłem że to właśnie jemu pierwszemu uda się je odzyskać, tym bardziej, że chodzi w spodniach moro i na poczcie obrał sobie nazwę „delta 1 2 3 4”

      To, że leży już teraz na deskach to rozumie się samo przez się, ale dalej nie ma mi kto naprawić komputera.

      Milena pokręciła głową.

    • Nie miałam pojęcia, że on jest taki głupi. Na prawdę przestraszył się pierwszej zasady? – zapytała z lekkim rozbawieniem.
    • Tak – odpowiedziałem z żalem i zauważyłem w oczach Mileny wdzięczność, że Piotr z nią zerwał. Pierwsza zasada dla mężczyzn to : PRZESTAĆ RAZ I NA ZAWSZE KONIOWALENIA. Marzena uśmiechnęła się lekko.
    • Kolejną korzyścią płynącą z BYCIA KSIĘŻNICZKĄ jest świadomość, że jej mężczyzna nigdy się nie onanizuje – powiedziałem uważnie patrząc w oczy Marzenie.
    • A co ze snem? – zapytała.
    • No więc, jak widzisz aż dotąd nie znalazłem człowieka, który umiałby włożyć w tę pracę odrobinę serca, a ponieważ wokół nie spotkałem jeszcze prawdziwego mężczyzny i wiedząc, że szybko nie spotkam, właśnie przyśnił mi się ten sen…Marzena uniosła wydepilowane brwi, a ja żeby już nie przedłużać, tylko pomyślałem, że kolejną korzyścią bycia arystokratką to wolność od przymusu aby się depilować – czyli branzlować swoim pięknem.
    • No więc kluczem do snu nie jest sam laptop, ale to, że ja na nim siedzę. Ważę jakieś 70 kilo. A więc nacisk. I to spory. Postanowiłem to przemyśleć. Tymczasem nie mogę znaleźć laptopa. Kilka razy przeszukałem wszystkie dostępne miejsca w moim pokoju, gdzie mógłbym go położyć i nie znalazłem. Cały dzień poszukiwań. Przepadł jak kamień w wodę. Ponieważ wykluczyłem, żeby mógł być w szafie i w szafce, musiał być gdzieś na wierzchu. Stając na krześle i mając głowę metr wyżej od szafy używając metody skanowania przesuwałem orle spojrzenie ku dołowi miejsce po miejscu, skrawek po skrawku: walizka ułożona na kartonie z rupieciami dwa „Dzikie serca” Johna Eldregae po polsku i po angielsku wydrukowane przez Piotra siostrzeńca, jeden egzemplarz „Stamtąd do wieczności”, Biblia tysiąclecia i przyniesiona kilka lat temu z Primy jako łup wojenny, zgrzewka papieru format A4 i ze sto arkuszy kredowych A3. Ponieważ papier kredowy zaginał się na krawędzi szafy podwinąłem go w górę i pokazał się laptop radośnie błyszcząc czarnym połyskiem. Oszacowałem i pomyślałem: na pewno więcej jak pięćdziesiąt kilogramów… jeżeli twierdzisz, że jesteś Księżniczką dasz tłumaczenie snu.
    • To proste, nacisk… – powiedziała z ożywieniem.
    • Przemyśl to i nie śpiesz się. A może już jutro ci powiem kim jesteś. Wyszedłem ze sklepu myśląc z uznaniem, że Marzena jest już tak bardzo blisko, żeby uczynić ten jeden jedyny krok i sięgnąć po koronę. Wciąż jeszcze naiwnie wierzy, że jak przestanie się myć to zacznie śmierdzieć…Idę do Europy. Milena za ladą. Dobry znak. Milena, podobnie jak Bogusia z dawnego Bodzia, przynosi mi szczęście.

      Również Milenie opowiedziałem mój sen z laptopem.

    • Wiesz gdzie go wreszcie znalazłem?
    • Tak? No gdzie?
    • Pod stertą rupieci na szafie… Jeśli sen poprawnie odczytałem, kiedy wieczorem wrócę z podróży po ludziach, wyjmę delikatnie laptop, położę na dawnym miejscu na biurku, podłączę zasilanie i napiszę Ci na mailu: „Zwycięstwo!”
    • Dobrze, czekam – powiedziała z uśmiechem – jeżeli tak się stanie, zacznę wierzyć w swoje sny. Popatrzyłem na jej rozmarzone oczy. Też jest blisko swojej korony.
    • Żeby w pełni stać się Księżniczką najpierw musisz uwierzyć w MOJE sny.
    • Dobrze, ale kolejka…Obejrzałem się: siedem, osiem osób cierpliwie czeka aż oddali się dziwaczny człowiek, który z taką determinacją domaga się od urodziwej ekspedientki nie pół litra wódki, ale wręcz wiary i to w swoje własne sny, które i bez litra nie sposób rozpracować.Michaelowi wręczyłem dwa litrowe słoiki dżemu z pigwy, które pozwolił nazbierać ze swojego ogródka.
    • Ile się należy? – zapytał.
    • Daję ci to jako bonus za twoją grzeczność. Micheal podniósł brwi.
    • Dałeś mi przecież za darmo cały karton buraków za które dostałem od Steva 25 funtów.
    • To może przyjmiesz jeszcze jeden karton?
    • Tak, i jeszcze karton porów i zielonej natki pietruszki. – poszedłem za ciosem. Anglicy potrafią docenić pójście za ciosem, jeśli pierwszy nie był nokautujący…Micheal uśmiechnął się dobrodusznie.
    • Ale za pietruszkę zapłacisz sześć i pół funta.
    • Zgoda.
    • Przyjdź jutro po południu.Prawie każdy dzień kończę odwiedzając jakiegoś Anglika: Betty, Michela, Steava. Powód? Są mi życzliwi a przy najmniej na pewno nie wrodzy, bo nawet najbardziej przychylny mi Polak nigdy do końca nie potrafi jeszcze być szczery…nawet samemu sobie. Temat rozwinę w „Nokaucie”Wieczorem z lekko bijącym sercem podłączam laptop. Działa! Szybko piszę do Mileny „Zwycięstwo!” a nazajutrz słyszę od Marzeny blade:
    • Nacisk spowodował, że jakiś niestyk się styknął.
    • No tak, ale to powiedziałaś już wczoraj, a ja prosiłem, żebyś to prz-emy-śla-ła.
    • A co tu myśleć, przecież to takie oczywiste. Popatrzyłem na Marzenę i pomyślałem, że przełożę ją przez kolano i spiorę dupsko.
    • Przecież jakbym odczytał ten sen tak jak ty to widzisz to bym usiadł na laptopie i swoim ciężarem wszystko w środku połamał dając dowód, że nie mam prawa kogokolwiek pouczać w temacie „Księżniczka”
    • A co byś w takim razie zrobił, jakby laptop nie zadziałał?
    • Wziąłbym go pod pachę, zaniósł do sklepiku o przewrotnej nazwie „Olivia”, postawił na ladzie i poprosił śliczną ekspedientkę, ażeby na nim złożyła swoje wdzięki… i chyba nie muszę mówić w którą dziurkę wsadziłbym kabel od zasilania. 

      Marzena lekko zaczerwieniła się

    • Dlaczego przewrotna nazwa? – zapytała. Marzena jest mistrzem świata w zmianie tematu i specjalistką od tego, żeby swoje zdanie postawić na końcu. Chociaż u Księżniczki jest to wielką zaletą, to jednak  u kandydatki jest bardzo poważną przeszkodą, aby w ogóle marzyć o koronie….

     

     

     

 

ROBACTWO czyli „NA DESKACH”

 

W Anglii jest taki miły zwyczaj, że zaprzyjaźnieni sobie ludzie, lub po prostu życzliwie nastawieni do życia znajomi, pracując w różnorakich fabrykach wymieniają się tym, co te fabryki oferują. I tak na przykład pracując długi czas w fabryce owoców, kiedy zdążyły już mi się przejeść mandarynki, nektarynki oraz brzoskwinie, chętnie przyjmowałem od Adama z Organika pełną reklamówkę arbuzów, które z kolei on pasjami nienawidził. Kiedy po latach również wylądowałem w jego fabryce zrozumiałem przyczynę tej nienawiści. Jedna paleta arbuzów, którą trzeba było wyładować na linię zawierała pięćdziesiąt kartonów po sześć arbuzów w każdym. A zatem każdy karton ważył od piętnastu do osiemnastu kilogramów. Nie jest to aż tak dużo, ale ponieważ praca polegała na pakowaniu a wcześniej wybieraniu z linii zdefektowanych owoców odkładanych na osobną paletę na market, trzeba było w ciągu siedmiu minut rozładować całą paletę i w międzyczasie otworzyć nową i układać puste pudełka na jeszcze inną paletę. Trochę tego jest do roboty w tych siedmiu minutach tym bardziej, że z arbuzami jest inaczej niż na innych liniach. Gdzie indziej, kiedy skończy się paleta jest dużo czasu na odpoczynek, bo liniowy musi policzyć market, żeby fabryka wiedziała ile towaru z każdej z  palet poszło do sklepów. Chociaż wystarczy tylko rzucić okiem i licząc jeden słupek upewniwszy się wcześniej, że paleta jest wypoziomowana za pięć sekund normalny śmiertelnik wie, że na palecie jest dwadzieścia pięć, osiemnaście, albo sto. Liniowemu. zwłaszcza polskiemu zajmuje to więcej jak pięć minut i niekiedy w strachu przed posądzeniem o jakąś malwersację robi to jak Aurelia kilka razy, mocno mrużąc oczy. Z arbuzami jak powiedziałem, jest inaczej. Market liczy się na koniec dniówki, więc młyn jest na okrągło. Mało kto ustoi tam więcej jak pięć godzin z dziesięciu. I kiedy zobaczyłem Adama w akcji, który ma lekko wyłupiaste oczy i wydatny szpiczasty nos i który już wygląda zabawnie ubrany tylko w żółty czepek, przypomniały mi się stare nieme filmy, puszczane dla uciechy gawiedzi w przyśpieszonym tempie. Patrząc na desperacko szybkie ruchy Adama i te jego przestraszone oczy, pomyślałem, że to wyglądałoby bardzo zabawnie, gdyby tytuł tej migawki brzmiał: „Zobaczcie wszyscy w jaki sposób rozwalam brytyjskie imperium… bo czy ktoś zdążył zauważyć, jak sprytnie, udając pośpiech, zdążyłem umieścić ładunek wybuchowy w każdym marketowym kartonie? – Adam Gajewski. AWF Katowice.” Kiedy po trzech godzinach całkiem wykończony Adam poprosił liniowego, który był Polakiem o zmianę, ten wysłał go do domu ze słowami pełnymi pogardy: „Tu jest Anglia, kolego, tu trzeba zapierdalać.” Podszedłem do Adama, który w bezsilnej wściekłości bliski był płaczu.

- Nie przejmuj się, jak dojedziesz do domu zacznie się pierwszy set, kupię browarki i opowiesz mi jak chłopaki grali”

Rozjuszony liniowy popatrzył na mnie wrogo i nakazał mi miejsce po Adamie. Wiedziałem, że to zrobi i wiedziałem jeszcze coś, czego on nigdy się nie dowie. Kiedy po trzech godzinach mojej zmiany i po całej skończonej dniówce wszystko było na swoich miejscach w idealnym porządku, liniowy podszedł do mnie i zagadał z dziwnym wyrazem twarzy:

_ Jak ty to zrobiłeś, że nawet nie widzę u ciebie ani jednej kropli potu, a masz przecież grubo po pięćdziesiątce…i linia ani razu nie szła pusta…?

Jego zamglone tępą głupotą oczy mówiły jednak z nie dającym się ukryć uznaniem: „Witaj w klubie szybkich Polaków przełamujących bariery dźwiękowe, ku chwale ojczyzny”.

Ponieważ było to już po awanturze z Aurelią i „kulkami jej męża” opisanymi w rozdziale siódmym „Nokautu”, liniowy podobnie jak ja, gdybym nie miał moich zaczarowanych okularów, nie dostrzegł wcale, że kiedy kończyła się rozładowywana paleta następna była już otwarta z pięcioma kartonami zdjętymi z samej góry i ułożonymi teraz na blaszanym stoliku. Tak więc kartony z nowej palety rzucałem z marszu, bez wysiłku i zmęczenia, nawet moje ruchy nie musiały być szybkie, bo każdy, kto pracował w podobnych fabrykach wie, że wyrzucanie owoców na linię jest jak przechadzka pośród sadu, jeśli ma się wsparcie na swoich tyłach. Najwięcej wysiłku i czasu zabiera procedura otwierania nowej palety i ściągania tych pięciu pierwszych kartonów z góry. Wtedy zawsze trzeba zmierzyć się z pełnym dezaprobaty spojrzeniem liniowego, bo linia na dobrą chwilę idzie pusta. Zrozumiałem wtedy, że mojemu rumuńskiemu przyjacielowi bardziej nawet chodziło, by jego pomocy dla mnie nie dostrzegł liniowy niż ja sam. I udało mu się!

Wtedy mogłem bardzo wolno delektując się każdym słowem odpowiedzieć tępemu Polakowi:

- Za to co zrobiłeś z Adamem znajdziesz się w drugim tomie „Nokautu”. Zobaczysz tam oprócz swojej mordy, swoje imię, nazwisko a także adres zamieszkania w Anglii i w Polsce. Całkiem możliwe, że twoja rodzina i twoi znajomi jeszcze nie wiedzą jak wielkim jesteś skurwysynem, Już teraz możesz się położyć, ponieważ drugi tom ma tytuł „Na deskach”.

Opadanie szczęki trwało jakąś minutę a ja nie czekając na odpowiedź wsiadam na rower wiedząc, że to jest mój ostatni dzień w Organiku. Adam w bezsilnej złości na arbuzach wyładowywał swoją frustrację wywołaną przez liniowego, traktując obcasem każdy napotkany w zasięgu nogi box z owocami, jeśli oczywiście nikt nie widział.

Kiedy po powrocie wstąpiłem do niego i opisałem mu wyraz twarzy liniowego, wiedziałem, że już przestanie kopać Bogu ducha winne arbuzy, a może nawet znowu je polubi?

  • Ty i bez Valentina byś sobie poradził – powiedział z lekką zazdrością.

  • Adam, ależ oczywiście żebym sobie poradził, ale byłbym dwa razy bardziej zmęczony. Na to, żeby linia była zawsze pełna jest bardzo prosty sposób: zanim jeszcze skończysz wyrzucać pierwszą paletę, korzystając z każdej chwili przestoju, zacznij otwierać nową. I gdy na starej palecie zostaje ci pięć pierdolonych boxów robisz mix: jeden karton rzucasz ze starej, drugi z nowej. Gdy skończy ci się stara, nową już masz wyczyszczoną i w zasięgu ręki. Nie musisz również tracić czasu szukając palety na puste boxy, bo właśnie ją sobie przygotowałeś…

  • - No tak, ale to jest niebieska paleta, a puste boxy układa się na białej.

  • Układaj na niebieskiej, a wcześniej czy później MUSI być przestój. Wtedy już mając wcześniej zlokalizowaną białą paletę w ciągu pięciu sekund targasz ją koło niebieskiej i jednym kopnięciem nogi, zamiast arbuza, przesuwasz jeden, dwa a najwyżej trzy rzędy pustych pudełek z niebieskiej na białą. Niebieską wypierdalasz i gotowe.

    Adam pracował w Organiku aż do końca jego istnienia i praca na linii z arbuzami nigdy go już tak bardzo nie stresowała. Gdyby Organik przetrwał Adam byłby liniowym, ponieważ w całej fabryce nie było szybszego i sprawniejszego miotacza arbuzów…

    A dlaczego tak cenna jest dla mnie pomoc Valentina? Bo bez niego, byłbym cały mokry od potu i tępy liniowy nie miałby możliwości zadać sobie może pierwszego w swoim życiu mądrego pytania, a ja nie miałbym możliwości pouczyć go o jego głupocie.

Ta wymiana towarów przypomina mi czasy komuny: nic nie było w sklepach a każdy wszystko miał w lodówce i w garażu, w piwnicy i na strychu. A propo Polski. Dokładnie dziesięć lat temu wydrukowałem takie opowiadanie:

Żeby nie być gołosłownym mam już gotowy materiał na drugie wydanie książki: opiszę z detalami jak jeden z raciborskich notabli, któremu chałupa wali się na głowę,

wyciągnął swojego synka z kryminału. Dalej będzie opisana sitwa raciborskich

lekarzy, których chciwość na pieniądze dorównuje żałosnej ignorancji w dziedzinie

wiedzy i umiejętności.

Przykład 1. Za komuny pani ordynator oddziału wewnętrznego załatwiła sobie

papiery na badanie aparatem USG. Wkrótce szpital zakupił pierwsze w regionie

urządzenie. Lekarze rzucili się z podaniami z prośbą o wysłanie ich na kurs obsługi.

Oczywiście większość z nich robiła to w dobrej wierze, chcąc nabyć kolejną

umiejętność w dziedzinie diagnostyki. Ale pani ordynator nikomu spoza sitwy nie

udzieliła takiej zgody. Sama przebadała kilka tysięcy ludzi, których zapisy na badania

doszły do roku czekania. Ponieważ w tamtych czasach modny był

pogląd, że aparatem USG można wykryć albo wykluczyć istnienie bądź nieistnienie

wszystkich możliwych chorób, zdesperowani pacjenci płacili spore sumy, aby

przyśpieszyć swoją kolejkę. Dopiero kiedy w raciborskim szpitalu zakupiono 10

kolejnych aparatów, pani ordynator musiała trochę przystopować i udzieliła zgody

młodym lekarzom na kurs (bo przecież dziesięciu aparatów nie mogłaby obsługiwać

równocześnie, tak jak perfekcyjnie potrafiła to zrobić z dziesięcioma lekarzami).

Przykład 2. Ordynator chirurgii, którego chwacki góral wyrezał ciupazecką ze stołka,

kiedy krótki czas był dyrektorem szpitala, wchodząc na salę chorych w codziennym

obchodzie podchodził do kolejnych łóżek i uprzejmie zagadywał pacjentów o

samopoczucie itd. (czy wiatry były?). Pierwsze łóżko, drugie łóżko, trzecie ominął i

następnie czwarte łóżko. Ominięty chory czuł się trochę niezręcznie, ale powiedział

sobie, że pan ordynator zamyślił się. Ale następnego dnia było to samo. Trzeciego

również. Żona dowiedziawszy się, że mąż leżąc w szpitalu już trzeci dzień nie miał

zrobionych żadnych badań, piorunem uderza do ordynatora.

Panie doktorze, mój mąż ma takie niepokojące objawy, a nie był jeszcze

przebadany…”

Nazwisko?”

Poczciwiński”.

Ten, który leży trzecie łóżko od wejścia?”

Tak!”

Badanie zleciłem najzdolniejszemu studentowi… Jest już na trzecim roku, ale

wyniki jeszcze do mnie nie dotarły. Pani rozumie, ta młodzież…”

Kobita, choć żona Poczciwińskiego, w lot pojęła i wkładając do kieszeni chirurga

dwie setki poprosiła o osobiste zaangażowanie się pana ordynatora.

Na drugi dzień lekarz wchodząc na salę obchód zaczął od trzeciego łóżka.

Jak się pan dziś czuje, panie Poczciwiński?”

Pierwszego dnia zafrasowaniu Poczciwińskiego towarzyszyły pojedyncze

chrząknięcia. Drugiego dnia chichoty. A w dniu, kiedy pan ordynator pokłonił się

nisko, jak aniołek w szopce gdy wrzuci się jakiś pieniążek, wybuchła salwa śmiechu.

Ileś pan dał w końcu?”

Czego?”

No przecież, że łapówki.”

Nigdy w życiu nikomu nie dawałem łapówki… Jestem urzędnikiem skarbowym”!

Jeszcze większy śmiech. Od czego w końcu ma się żony…

 

 

 

 

Ale wracamy do Angli. Jest w pobliżu fabryka ciastek, gdzie jest miły zwyczaj, że uprzejmy manager w randze polskiego dyrektora technicznego wjeżdża do kantyny w każdy piątek z ogromnym pojemnikiem wypełnionym przeróżnymi ciastkami. Można się nimi częstować do woli, ponieważ z powodu jakiś błędów w naklejkach lub uszkodzonego opakowania nie idą do sklepów. Któregoś piątku, zanim ludzie zdążyli podejść do baczy i zobaczyć zawartość liniowy Polak zakrył pojemnik niebieskim celofanem i całość owinął taśmą z napisem „QC reject”. Za chwilę wraca z innym pojemnikiem pełnym brudnych, pokruszonych ciastek zebranych szuflą z podłogi, które fabryka gromadzi w niebieskie duże biny, a facet co ma świnie zabiera to potem za parę funtów. Na to wchodzi manager i ze zdumieniem zagaduje Polaka o przyczynę jego zachowania. Liniowy odpowiedział z dumą i bez zająknięcia.

  • Mr, do końca dniówki mamy jeszcze pół godziny i postanowiłem z moimi ludźmi doprowadzić do porządku te ciastka otwierając opakowania i jeszcze raz puścić to na linię. W ten sposób fabryka będzie mniej stratna.Manager popatrzył na Poplaka z lekkim współczuciem, wzruszył ramionami i opuścił kantynę./

    Wtedy wszyscy obecni rzucili się na ciastka, żeby zdążyć wybrać te najmniej brudne. W większości byli to Polacy, Bułgarzy i Litwini. A liniowy Polak zabrał to co zabrać chciał.

    Czy przeciętny Anglik będąc świadkiem takiej sceny, nie ma prawa powiedzieć, że Polacy to robactwo? Ma.

    I powiem jeszcze tak: Jest nas Polaków w Angli ponad 2 miliony. Pracując w dwudziestu fabrykach na dziesięciu liniowych przypadało dwóch normalnych jak ja i Ty. Ośmiu to ludzie w rodzaju liniowego od ciastek i w Organiku. Przyjmując, że stanowisko liniowych zajmuje dziesięć procent Polaków, to mamy dwieście tysięcy skurwysynów. Gdyby ich zgromadzić w jedno miasto i zrobić tego zapis na wideo, to tytuł filmu „Robactwo” byłby całkiem trafiony. Ja się wcale nie dziwię, że tak nas Anglicy postrzegają. Osoby o których mówię o dwa metry przerastają otoczenie swoją tępą głupotą, stając się „logo” polskiego społeczeństwa. Mnie to się nie podoba i ja się na to nie godzę. Dlatego postanowiłem ich zmiażdżyć. Tak, że w drugim tomie „Nokautu” znajdując w książce swoje imiona, nazwiska i adresy, WSZYSCY spierdolą do Argentyny, jak przeklęci naziści i w ten sposób wizerunek Polski na Zachodzie bedzie oczyszczony.

    Zarówno „Nokaut” jak i „Na deskach” pomyślane jest tak, że korzystając z recepty Alfreda Hitchcocka zaczynam od trzęsienia ziemi, a następnie krok po kroku wzmacniam napięcie. „Nokaut” będzie sprzedawany jeszcze w wersji elektronicznej może już od jesieni. Natomiast „Na deskach” dopiero za dwa lata, kiedy to będę posiadaczem lewego paszporu za osiemset funtów i pod zmienionym nazwiskiem, gdzieś nad oceanem z moją piękną młodą żoną będę pisał trzeci, czwatry i kolejne tomy tej frapującej również mnie „trzynastologii”. Fakt, że umieściłem tu wątek o raciborskich lekarzach jest sygnałem, że o robactwie pleniącym się w Polsce nie zapomniałem.

    Ponieważ nie dam zarobić ani grosza księgarzom ani tym bardziej wydawnictwom, poszukuję chętnych, którzy na głównych placach wielkich miast europejskich w cieniu pomarańczowego parasola z moimi trójkami, na pomarańczowym stole będą sprzedawać kolejne tomy książek. Płacę 33 funty za godzinę, ale proszę mi uwierzyć, po agresywnej reklamie we wszyastkich dostępnych mediach, nie ustoicie dłużej jak dwie godziny. (Bo ile książek można zmieścić pod jednym stołem? Gwarantuję ochronę trzech wykwalifikowanych komandosów. Już teraz można składać swoje CV. Kto pierwszy, ten lepszy. Awanturę rozpoczynam za dwa lata. CV proszę składać na adres: rajczyk56@interia.pl. Będąc moim pracownikiem „Nokaut” masz za darmo i wgląd na bieżąco co dzieje się w książce „Na deskach|” 

ROGÓW

Rogow

Dla anglojęzycznych czytelników to kolejne opowiadanie przetłumaczone przez Ewę. Błędy ortograficzne i gramatyczne poprawiał mi Tony, a mój nauczyciel z  collegu Justin perfekcyjnie poprawił błędy stylistyczne i językowe.

A beautiful land. Right past Lubomia. A hilly region with picturesque cottages hidden amongst meadows and forests. We are in the stable where the most beautiful and – as opinion has it – the smartest horse in the district rules. Because it is a she-horse it was named Princess.

We are in Rogow on a coach trip with the oldies. There are forty of us including staff. We visit the stables in tens – more won’t fit in. We have permission to approach Princess and stroke her mane. The oldies, however, give her a wide berth. Only Jessie , a wonderful girl, approached the horse . Jessie is one of the few people who make me feel comfortable. She works in occupational therapy so close to me. Every morning I ask the porter: – “Is Jessie in?” When I hear “Yes”, I know I will somehow manage to crawl through the day. Sometimes the porter says that she’s off sick.

“Damn”

We are not allowed to feed sugar to the horses. When a horse gets sugar for no apparent or understandable reason it supposedly becomes stupid.

Jessie approaches the mare closely and not only strokes her mane but also pats the muzzle fairly close to the cheese-yellow teeth. Of course she’s got some goodbye sugar too. Jessie is the only one in the group, and possibly me, who doesn’t give a shit about the ban. The guide doesn’t react, but his meaningful look says: „it is better not to mess with that woman”.

Before everyone sees the horses I have some time to be bored.

Christopher! You’re bored I see…- that’s my supervisor, Eva. For some time now (for some ten years I mean) she’s been constantly watching me. – ‘Push the wheelchairs into the stable’. I grab Christy’s chair. I like her lots. She likes me too. Suddenly the stable was in uproar.

As I found out later Eva had got too close to Princess (too close from behind) who had almost caught her with a hoof, with such fury she kicked.

A smart horse indeed – I thought.

In all honesty I have to admit that my manager has got some reasons to sometimes watch me closely. Pushing Christy and listening to her exclamations that she had to reach old age to see such big mice – I remembered a trip to Bukowo. Also a picturesque and beautiful area around Raciborz. The wheelchairers went too. When it comes to wheelchairs, their owners are carried onto the coach and the chairs folded and placed in the boot. It’s Christy’s turn. We agreed with Tom that I hold her arms and he the legs.

“I’ll go first” –said he.

I agreed. What difference does it make? He always has to be first anyway.

However it turned out that the coach was unusual. It had a narrow entrance and three steep steps high enough for a healthy person to have to take quite a step, and a woman in a long dress to lift it up.

When Tom was at the top with the legs I stood on the pavement with the head. As a result of that the granny hung like a bat for a good moment. I IMMEDIATELY realized that something was wrong. With the corner of my eye I swept the space crammed with the oldies and the staff saying their goodbyes. Luckily neither of the managers noticed, busy talking to the cooks. But I sensed Eva’s beady look.

On the bus I attempted a joke: – “Did you see that? Christy almost landed with her head down, like Gagarin”.

“I DID” – she hissed.

My bonus was in danger.

“Who the hell ordered this bus”

This time Eva got herself into trouble.

She said nothing. I’m talking to Tom. “We are being watched, we’ll swap when getting off the bus”

He agreed. I took her legs, Tom the hands. And as he wanted to be first the granny hung head down again. Eva opened the curtain to get a better view.

In Bukow we take a moment to have a rest. Tom and I are sipping on lemonade.

“What was the problem?” – I asked.

“The bus” – Tom replied philosophically.

A granny named Rosalie lived with us once. Skinny, tiny, half bent, with glasses the size of a TV screen that she did not need at all as she could not see.

She always complained about chest pain. I had tried thousands of ointments, the girls had used all possible physiotherapy, and the granny ate a ton of painkillers…

“Does it hurt?”

“Hell yes!”

The doctor prescribed the red Solux radiotherapy with an exclamation mark. For us it meant that we had to be extra careful whilst radiating. Barbie handles Solux. They brought Rosalie. Barbie is accurate and always there. She was busy applying treatment in the other room. Not wanting to lose any of her accuracy she asked me to set the Solux for the granny as nobody waits in physiotherapy.

I did it and went back to do my stuff. It was half past nine. Around eleven I am meeting Barbie on the catwalk.

“Did the Solux help her relax?”

“I don’t know…”

“You didn’t turn it off?!”

We needed just two seconds to reach the radiotherapy room from the dachshund-long hallway.

Rosalie was sleeping away, basking in the light. We check for a burning smell, but the granny’s skin is only reddened…heavily reddened.

We wake her up.

“Are you in pain?”

“Feeling dizzy?”

“Faint?”

“Can you breathe?”

Rosalie looks at me and Basia in turns, slightly stunned with a sudden interest, silent.

As I was standing opposite Basia I thought that if the granny can turn her head she has to be fine.

Only after a while she announced with a radiant smile (that’s right radiant):

“The pain is gone!”

She did not complain about her back agaibn till her death. And she lived five more years. Recalling that day Basia and I wonder whether the granny had decided to outsmart us: “I will never complain about the back pain as the doctor may prescribe the Solux therapy again”.

Meanwhile in Rogow, having visited the museum of old chaises, carriages and coaches we go to a mini zoo. Ostriches, llamas, bisons (I could do with a beer!. Cold!!!) and the exclusively water drinking smalls in cages…badgers, hares, rabbits, beavers. Everything kept clean – the owner keeps an eye on it. The guide tells us that Mr Duckling, the owner of the establishment is going to build a children’s plastic ski jump next year. Everybody looks with admiration at the building site. A bit lower there is a Bavarian-style restaurant, a separate place for a barbecue and bonfire, children’s playground and further away an ENORMOUS park.

“When is it all open?”

“Mr Duckling puts no time limit on people. They can visit as they wish”.

“How much is the ticket?”

“Free access. You only pay for horse riding, renting a chaise, renting the restaurant…Mr Duckling only wants people to have a place to relax and entertain nearby.

“ He’s a swindler for sure”

“What makes you think that, Mrs Misfortune?”

“You cannot get water out of a stone!”- she spat venom, swinging the stick.

The guide smiled slightly.

“This – he gestured making a circle – is the principal’s hobby.

“Hobby?! – she howled furiously – Where does he get the money from?”

I must say I was curious too…

“Mr Duckling owns two slaughter houses and a laundry. This is how he makes a living…by the way he bought the grounds in the year 2000, when it was still a fen. So it had to be dried first. The cost will never be financially returned…Mr Duckling doesn’t expect it anyway.

“And what is it that he expects? –granny Misfortune was in great form today.

“There are other values besides money.”

“Honesty, for example”

‘For example…’

“If he was honest, he would have a regular pension, and not some dodgy laundry and slaughterhouse.”

“What part of Poland do you come from?”

“The Czech Republic.”

Afterwards there was a barbecue, hot sausages, tea, coffee, buns, walking around the park and chaise ride. So what, the oldies’ heads were still busy with laborious calculations: perhaps it will pay off…laundry, two slaughterhouses …What does he need that for? And why won’t he retire?

And this is how the trip finished.

SUMIENIE 2, czyli POWRÓT KRÓLA

Bóg mówi: „Jeśli chcesz, oddam ci twoje sumienie?” Nic się nie zmienił od poprzedniego razu, jedynie zielone rękawiczki, które ubrał prawdopodobnie z powodu angielskiej wietrznej zimy czyniły tę jedyną i jakże osobliwą różnicę.

Dokładnie osiem lat temu oddałem Bogu swoje własne sumienie i to na Jego wyraźne żądanie.  Trochę zaniepokoiłem się, czy ta oferta nie wiąże się  z jakąś transakcją. „Nie – uspokoił mnie Bóg – rynsztunek wojenny, jak rzekłem, dostałeś w dożywocie” – i uśmiechnął się.  Odetchnąłem z ulgą. Mundur żołnierza pierwszej linii frontu, który dla niepoznaki noszę pod cywilnym ubraniem Polaka na emigracji tak zakręcił mi w głowie i tak głęboko wrósł w serce, że wyrwanie go z powrotem w przestrzeń wiązałoby się z wyrwaniem w przestrzeń mojej własnej tożsamości, a to znaczyło by powrót do życia, które niegdyś wiodłem: dezertera, kolaboranta i tchórza.   „Panie Boże, powód dla którego oddałem Ci moje sumienie nie jest mi obcy, bo jest ono jak u Żyda obrośnięte masą formułek, dlatego lękam się nieco jego powrotu…” Bóg znowu uśmiechnął się.     Żeby zrozumieć Boga trzeba najpierw oswoić się z myślą, że On w ogóle nie liczy się z czasem. Bo oto okazało się ku mojej ogromnej radości, że bez sumienia chodziłem po świecie nie osiem a tylko siedem lat. Innymi słowy Bóg zwrócił mi moje sumienie a dopiero rok z okładem później zapytał czy takie jest moje życzenie.    ”Twoje sumienie powróciło nocą 28 maja 2014 roku” – odrzekł z powagą.   Tak, pamiętam zapis tamtej nocy, to był przełom, ale z goła nie wiązałem go z czymś takim jak sumienie, zwłaszcza, że zamiast osłabnąć, moja agresja do ludzi wzrosła.   „Zawsze tak było, tak jest i tak będzie dopóki jest się związanym z materią… kiedyś przecież to pojmiesz…” – powiedział Bóg i znowu  się uśmiechnął.    Paradoks polega na tym, że nie mając świadomości obecności własnego sumienia na rok stałem się człowiekiem bezgranicznie nieobliczalnym nawet dla samego siebie, zwłaszcza w odniesieniu do własnych ograniczeń. Teraz ten uświadomiony powrót sprawia, że lekko zwalniając kroku ze swobodą człowieka szczęśliwego wybieram lepsze od dobrego i piękniejsze od pięknego. Wybieram również mocniejsze od mocnego, co w odniesieniu do ciała również oznacza nie tylko to, że moje wina osiągają moc 17 %, ale również śliwki kalifornijskie zalane „Smirnoffem” sprawiają, że wywar jest niezrównanie mocniejszy, słodszy i smaczniejszy niż jakikolwiek likier który kiedykolwiek piłem.